"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

sobota, 18 kwietnia 2015

"Źródło" - recenzja

0 komentarze

 Nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem muzyki chrześcijańskiej. Generalnie rzecz biorąc, bardzo późno zacząłem kształcić swój gust muzyczny i od samego początku dominowała w nim dawna klasyka z lat 70. i 80. Dire Straits, później moja pierwsze poważna fascynacja - Uriah Heep, oczywiście Floydzi, Led Zeppelin i inne zespoły, które wśród moich rodziców mają przyklejoną łatkę "muzyka mojej młodości". Z czasem przyszło zainteresowanie także współczesnymi zespołami, które w większym lub mniejszym stopniu podpadają pod progresywnego rocka. Jednakże, mimo mojej względnej otwartości na inne gatunki, jakoś nigdy nie było mi po drodze z tym, co określa się szeroko jako "muzykę chrześcijańską". Niespecjalnie przypadały mi do gustu z jednej strony pełne patosu i powagi wolne pieśni, wykonywane być może pięknie, ale bez mocy i szczerości, a z drugiej stylizowane na popowe piosenki o lekkim charakterze, pozbawione głębi i przesłania. Przez jakiś czas szukałem odpowiedniego wyważenia, aż w końcu całkiem niedawno natknąłem się na zespół 2Tm 2, 3. Po dość pobieżnym zapoznaniu się z różnymi utworami z ich repertuaru i dojściu do wniosku, że brzmią one interesująco, absolutnie w ciemno postanowiłem kupić ich nową płytę "Źródło". 

 Zanim przejdę do bezpośredniego opisu moich wrażeń dotyczących płyty, słowo o samym zespole. W jego składzie znajdują się muzycy o ugruntowanej renomie, m.in. Robert Friedrich "Litza" i Robert Drężek (Luxtorpeda), Dariusz Malejonek "Maleo" czy Tomasz Budzyński, ale także tacy, o których nie jest głośno na co dzień. Teksty piosenek są oparte w zdecydowanej większości na Biblii i to chyba chrześcijańskie przesłanie jest tym, co spaja ich kolejne płyty; ponieważ ich gatunku muzycznego nie da się jednoznacznie zdefiniować: grają od heavy metalu przez rock, reggae aż po muzykę folkową.

 "Źródło" zdecydowanie jest płytą, gdzie proporcje pomiędzy tymi wszystkimi gatunkami zostały dobrane idealnie. Album posiada swój niepowtarzalny klimat i atmosferę, a zarazem każda kompozycja brzmi inaczej, dzięki czemu nie mamy wrażenia maglowania bez przerwy tych samych utartych schematów. W mojej ocenie właśnie ten niezwykły nastrój - mieszanka niepokoju, tajemnicy, wiary i zawierzenia Bogu - czyni "Źródło" pozycją wyjątkową. Dwanaście piosenek zaśpiewanych w czterech językach razem tworzy spójną całość; momenty bardziej energiczne zgrabnie są przeplatane z tymi spokojniejszymi i ani przez chwilę nie odnoszę wrażenia, że coś znajduje się na nie swoim miejscu.

 Album rozpoczyna utwór "Haraqia", który w mojej ocenie jest absolutną perłą. W nim chyba zawiera  się cały geniusz 2Tm 2, 3; fantastyczna część instrumentalna, nieziemski wokal Angeliki Korszyńskiej-Górny i sama struktura piosenki; szczerze przyznam, że nie wiedziałem zbytnio czego się spodziewać nabywając płytę, ale już w zasadzie pierwsze takty "Haraqui" upewniły mnie, że to była bardzo dobra decyzja.

 Kolejne piosenki tylko ugruntowały moje przekonanie. "Nikt nie może dwom panom służyć" i "Eli Eli Lamma Sabahtani" to świetne kompozycje, szczególnie pod względem warstwy tekstowej.

 "Jestem jak robak, robak a nie człowiek; szydzą ze mnie ludzie, zaufałem Tobie; czemuś mnie opuścił, nie odpowiadasz, a ja wołam cały dzień, krzyczę całą noc, a Ty nie słyszysz mnie"



 Następne kompozycje mają ciut lżejszy charakter; "Duszu Swoju" przywodzi mi na myśl pieśni pasterskie, a piosenka tytułowa to ciekawa ballada o niezbyt skomplikowanym tekście, ale konkretnym przesłaniu. Dopiero następny utwór pt. "Po drugiej stronie rzeki' nie przypadł mi do gustu; w mojej ocenie jest to jeden z naprawdę niewielu (jeśli nie jedyny) słaby moment tego albumu.

 Punktem kulminacyjnym "Źródła" jest "Lamentacja". Ten ponad dziewięciominutowy utwór, oparty praktycznie na jednej muzycznej strukturze zawiera w sobie niezwykły niepokój i na przekór swojej prostej budowie sprawia bardzo monumentalne wrażenie. W dodatku bardzo mocny wydźwięk nadaje mu tekst; "Bóg mnie zaprowadził w ciemności..." - to nie jest psalm wyśpiewywany na cześć Pana, ale lamentacja i modlitwa człowieka zniszczonego i zranionego z prawdziwego zdarzenia.



 Miłośnikom reggae najbardziej do gustu przypadnie piosenka "Szukałem miłości". Choć sam nie jestem wielkim fanem tego gatunku muzyki, to jednak tekst z Pieśni nad Pieśniami (która jest jedna z moich ulubionych biblijnych ksiąg, zaraz obok Koheleta i Hioba) okazał się całkiem przyzwoitym poprawiaczem nastroju po oszałamiając mocnej "Lamentacji".

 Sama końcówka płyty to przedziwne zestawienie trzech utworów: "Szema Izrael" to dosadne wezwanie do kochania Boga, wysławiania Jego dzieł, ale także miłości bliźniego, "Hymn", śpiewany po węgiersku, brzmi bardzo delikatnie i ulotnie, natomiast "22" to energiczne zakończenie albumu. Ostatnie dwa wersy doskonale oddają przesłanie nie tylko płyty, ale także całej twórczości 2Tm 2, 3: "Będę głosił chwałę Twą; Głosił zawsze dniem i nocą".

 Podsumowując, uważam, że jest to bardzo dobry album. Być może nie wybitny, ale na pewno bardzo dobry pod względem muzycznym, a z chrześcijańskiego punktu widzenia przedstawiający w inny, niekoniecznie uproszczony, ale na pewno bardziej przystępny, sposób znane biblijne fragmenty. Są na nim momenty genialne, momenty bardzo poruszające serce, których nie wahałbym się użyć jako osobistej modlitwy. Są też momenty nieco słabsze (jak właśnie "Po drugiej stronie rzeki"), ale wziąwszy pod uwagę całokształt przede wszystkim charakteru zespołu, to sposób, w jaki wprowadzili oni elementy orientalne, wschodnie, hebrajskie i bałkańskie jest naprawdę godny podziwu.

Moja ocena: 8,5/10
 
Read more

piątek, 10 kwietnia 2015

Męstwo i wrażliwość

2 komentarze

 Nie lubię sytuacji, kiedy o rzeczach ważnych mówi się zawile. Gdybym miał wskazać największą wadę  jakiejkolwiek nauki (filozofii, teologii, genetyki czy każdej innej), to byłaby to właśnie ta niemożność wytłumaczenia kluczowych jej zagadnień w sposób jasny i klarowny. Sam borykam się z tym problemem, bo często nie jestem w stanie przedstawić swoich myśli swojemu rozmówcy na tyle dosadnie, żeby nie pozostawić wątpliwości. Muszę uciekać się do porównań, analogii i metafor, które cenię tylko jako środki prowadzące do zwiększenia walorów estetycznych mojej lichej twórczości. Równie dobrze mógłbym wyrazić główne przesłanie każdego tekstu w trzech-czterech zdaniach, ale odnoszę nieomylne wrażenie, że byłoby to nudne; i dla Ciebie, pragnącego odnaleźć coś, co zmusiłoby Cię do głębszej refleksji, i dla mnie, aspirującego autora, który pragnie poruszyć i dotknąć do żywego swojego czytelnika. Nie znoszę sztuki dla sztuki i przerostu formy nad treścią; owszem zdarza mi się popełnić teksty niemal całkowicie wypełnione pięknymi epitetami, porównaniami, wzniosłymi treściami i emocjami, ale nawet w nich (np. tu, tu oraz tu) staram się, żeby moje refleksje nie miały charakteru wyłącznie osobistego. Wtedy cały mój blog stałby się publiczną kopią mojego pamiętnika, czego raczej sobie nie życzę.

 Dziś jednak zdecydowałem się na trochę inną formę. Będzie to swego rodzaju eksperyment. Postawię przed sobą i przed Tobą jedno pytanie. Pytanie jasne, klarowne i obiektywne. Dotyczące otaczającego Cię świata. Zaproponuję Ci odpowiedź. Nie musisz się z nią zgodzić. Będę wręcz zachwycony, jeżeli wdasz się ze mną w polemikę, skrytykujesz moją odpowiedź lub zaproponujesz inne rozwiązanie problemu. 

 Będzie to taki trochę nasz dialog.

 Zatem jak brzmi pytanie?

 W dzisiejszym świecie można zauważyć bardzo radykalne odejście od dawnych wartości. To, co niegdyś uchodziło za święte (nie tylko w znaczeniu religijnym), nietykalne, bezwzględnie właściwe i niepodlegające dyskusji, dzisiaj poddawane jest krytyce. Różnica pomiędzy dobrem a złem jest starannie zacierana. To samo dotyczy prawdy i kłamstwa. Problemy moralne są sprowadzane do kwestii wyboru pomiędzy uciążliwym i niesłużącym niczemu obowiązkiem a przyjemnością, której zaspokojenie będzie wiązało się z osiągnięciem szczęścia. Traktujemy kwestie światopoglądowe bardzo powierzchownie; niejednokrotnie podejmujemy ważne decyzje kierując się jedynie własnym interesem, nie spoglądając na konsekwencje naszych działań w szerszej perspektywie. 

Co jest tego przyczyną?

 W tym miejscu pozostawiam Ci szerokie pole do popisu. Może proces, który zaobserwowałem jest tylko moim wrażeniem i tak naprawdę nic takiego nie ma miejsca? Może tak naprawdę dzisiejsze społeczeństwo znacznie lepiej, niż nam się wydaje, orientuje się w problemach dzisiejszego świata i jego sposoby myślenia wyprzedzają nasze przestarzałe metody opisywania świata? Od Ciebie zależy także ocena tego zjawiska. Czy można kogokolwiek obarczać winą za to, że jego decyzje stoją w wyraźnej sprzeczności z obowiązującą moralnością? Czy winą (co do której tak naprawdę też nie mamy pewności) za obecny stan rzeczy należy obciążyć sumienie każdego z osobna, czy jest to po prostu nieuniknione następstwo czasów, w których żyjemy? Ja ci na te wszystkie pytania nie udzielę odpowiedzi. Nie mam żadnego prawa decydować za Ciebie; moim skromnym pragnieniem jest jedynie naświetlić Ci pewną sprawę, która mnie osobiście niepokoi i pokazać wnioski, do których dotarłem. Nic więcej. Nie rezerwuję sobie prawa do prawdy. 

 Jakie więc są moje wnioski? Co w moich oczach decyduje o takim, a nie innym stanie rzeczy? W pierwszej kolejności muszę przedstawić Ci dwa pojęcia, w których zawarłem swoje rozwiązanie. Jak pewnie się domyślasz, są to tytułowe męstwo i wrażliwość. Nie można jednak traktować ich dosłownie, w ich oryginalnym znaczeniu. Szukałem dwóch skrajnych pojęć (wartości), które w połączeniu oddawałaby istotę człowieczeństwa. Takich, które swoją definicją nie tylko wskazywałyby na dwa kluczowe pierwiastki naszej natury, ale także prezentowałyby całokształt konsekwencji (pozytywnych i negatywnych) z nich wynikających.

 Przez męstwo rozumiem od zawsze obecną w człowieku odwagę, umiejętność przezwyciężenia własnego lęku, gotowość do oddania życia w imię miłości lub idei, zamiłowanie do ryzyka. Ale także pogardę, agresję i brutalność. Wszystko to, co wiąże się w jakiś sposób z realnym światem i z tym, co cielesne.

 Przez wrażliwość rozumiem współczucie, miłosierdzie, wzniesienie się ponad płytki egoizm i zrozumienie drugiego człowieka, dostrzeganie zła i cierpienia, a także poświęcenie. Jednakże kryje się w tym również niepokój, samotność, poczucie niezrozumienia. Wszystko to, co wiąże się w jakiś sposób z światem naszych uczuć i z tym, co duchowe.

 Rozwiązanie tego problemu jest w mojej ocenie bardzo proste. Nasze czasy wypaczyły i źle zrozumiały oba te pierwiastki obecne w naszej naturze. Męstwo przerodziło się albo w tępą siłę, ślepą i irracjonalną, niosącą za sobą tylko zniszczenie, albo w tchórzostwo, szaleńcze umiłowanie dóbr doczesnych, ograniczenie własnego punktu widzenia do świata materialnego i brak odwagi by sięgnąć myślą dalej. Wrażliwość przemieniła się albo w spłycone i rozumiane tylko przez pryzmat odczuwanych przyjemności zamiłowanie do egoistycznego zaspokajania własnych potrzeb życiowych (najdobitniejszy przykład to pożądanie, które w naszych czasach zdecydowanie zbyt często jest mylone z miłością), albo w użalanie się nad sobą, nad własnym losem i niekończące się rozpaczanie. Źle pojęte męstwo daje złudne poczucie siły i potęgi, sprawia, że wpadamy w pychę, tkwimy w błędnym poczuciu, że sami jesteśmy w stanie zapanować nad własnym życiem i że nie potrzebujemy tego drugiego człowieka. W mojej ocenie jednak dużo gorsze konsekwencje niesie ze sobą niewłaściwe zrozumienie wrażliwości. To właśnie przez to ludzie odbierają sobie życie, wpadają w nałogi, tracą sens życia. Kiedy gubi się z oczu konsekwencje własnych czynów, nieodmiennie towarzyszy temu ryzyko szaleńczego wykorzystywania życia. W końcu, jeżeli tak naprawdę jedyną wartością jest życie i nie mamy nic oprócz życia, to dlaczego się nie bawić?

 Często też proporcje między tymi dwoma czynnikami są w nas zachwiane lub jedno nie idzie w parze z drugim. Sam jestem tego najlepszym dowodem, bo mojemu dość skromnemu męstwu towarzyszy przesadna wrażliwość, cechująca się między innymi analizowaniem własnych egzystencjalnych problemów lub nieustannym poszukiwaniem sensu życia.

 Bardzo żarliwie pragnę, żeby wydźwięk tego tekstu nie był pesymistyczny. Jednakże szukając jakiegoś innego sposobu zinterpretowania wyżej przedstawionej sytuacji, znalazłem tylko jedno wyjście, które niesie ze sobą nadzieję. Mianowicie te fałszywe pojmowanie męstwa i wrażliwości, kroczenie złymi ścieżkami i patrzenie na świat tylko przez pryzmat dóbr materialnych to nic innego, jak krzyk wołającego na pustyni. 

 Oni nie chcą być źli.
 Oni są zagubieni.

Read more

sobota, 4 kwietnia 2015

Co mi dała wiara?

0 komentarze
"I have found my way to fly free from the constraints of time
I have soared through the sky seen life far below in mind
Breathed in truth, love, serene, sailed on oceans of belief
Searched and found life inside, we're not just a moment in time..."


 Co mi dała wiara? Na pierwszy rzut oka, nic. W każdym razie nic namacalnego. Czy wiary można dotknąć? Czy wiarę można zbadać, zmierzyć, obliczyć? Sfotografować, wywabić za pomocą chemicznych odczynników, przepuścić przez pryzmat? Czy wiara i jej wpływ mogą zostać naukowo przeanalizowane? Czy da się jakoś zweryfikować świadectwa ludzi, którzy głoszą swoją wiarę? A może jest ona tylko luźną zbitką różnych emocji, lęków, egzystencjalnych wątpliwości? Remedium na wszelkie emocjonalne problemy? Odpowiedzią wyprzedzającą pytanie, które wszyscy boimy się zadać? Jedni dochodzili do wiary poprzez sceptycyzm i zwątpienie (Kartezjusz, Kierkegaard), inni przez prawdopodobieństwo (Pascal) lub rozpacz, a jeszcze inni poprzez mistyczne doznania (niezliczona ilość świętych). Dla mnie jedno jest pewne: wiara, ponad wszelką wątpliwość, jest kwestią indywidualną!

  Wbrew pozorom, to bardzo ważne. Przez cały ten czas, gdy rozpatrywałem wiarę, jako kwestię podporządkowania się, a nie wyboru, tkwiłem w pułapce niewoli.

  Bezdyskusyjnie pierwszą i kluczową rzeczą, jaką zawdzięczam wierze, jest sens. Nie tylko sens cierpienia, szczególnie podkreślany w czasie Triduum Paschalnego, ale przede wszystkim sens dziejów i świata. Może brzmieć to bardzo skomplikowanie, ale w zasadzie chodzi o to, że wytłumaczenie tego, że żyję, przez szereg zdarzeń, takiego, a nie innego ułożenia atomów, przebiegu procesów fizycznych oraz założenie absolutnej bezsensowności mojego istnienia w wymiarze wieczności nie zadowalało mnie i nie dawało mi spokoju. Szukałem czegoś więcej. Szukałem harmonii. Nie bałem się śmierci, ale obawiałem się, że żyję nadaremno. Że nie będzie wieczności. Z chwilą odkrycia Boga wszystko trafiło na swoje miejsce. Tu nie było żadnego uproszczenia. Tu było perfekcyjne dopasowanie. 

  Bóg nie wyjaśnił mi wszystkiego. To nie było tak, że Bóg zszedł do ciemnej jaskini, w której siedziałem i od razu wyprowadził mnie na zewnątrz, gdzie oślepił mnie nieziemski blask. On wiedział, że to by mnie zabiło. Póki co wciąż tkwię w jaskini, ale już nie w ciemnościach. Siedzę przy ognisku, którego jasny płomień pozwala mi dostrzegać coraz więcej.

 Wiara dała podstawę i uzasadnienie mojej moralności. To właśnie dzięki niej odkryłem całkowicie jej nowy aspekt: miłosierdzie. Wcześniej nie do końca widziałem cel dobrego postępowania; nie starczało mi banalne uzasadnienie "bo tak trzeba". Równie naiwne zdawało mi się tłumaczenie ludzkich uczynków na zasadzie "jak będziesz dobry to pójdziesz do nieba, jak będziesz zły, do piekła". Dopiero wiara (a później także filozofia) uzmysłowiła mi, że dobro jest pojęciem szerszym, niż może wydawać się na pierwszy rzut oka. Nie inaczej jest złem; dzięki wierze zyskałem całkowicie nowy punkt widzenia w kwestiach etycznych. Teraz wiem, że moje dążenie do własnej doskonałości i cudzego szczęścia, jest o niebo lepsze niż dążenie do cudzej doskonałości i własnego szczęścia.

 Dzięki wierze wreszcie odnalazłem głębię, za którą niewypowiedzianie tęskniłem. Przyznam, że nie należę do wielkich entuzjastów naszego świata i naszej rzeczywistości. Jako idealista ledwie toleruję fakt tego, że nie mam innego wyjścia i muszę żyć wedle takich reguł, jakie narzuca mi świat. Gdybym nie odkrył Boga, prawdopodobnie miotałbym się bez końca, został rewolucjonistą, anarchistą albo innym -istą i próbował na siłę zmienić świat. Dziś wiem, że to wszystko to tylko okres przejściowy. Że tak naprawdę nikt nie będzie mnie rozliczał z tego, co zrobiłem dla świata, ale z tego, co zrobiłem dla drugiego człowieka.

 Wiąże się tym kolejna ważna rzecz, czyli całkowite wywrócenie do góry nogami mojej hierarchii wartości. W zasadzie tylko wolność, której pełne zrozumienie umożliwiła mi właśnie wiara, pozostała na swoim miejscu. Miłość, przebaczenie, zrozumienie bliźniego, pogarda dla dóbr materialnych, brak lęku przed śmiercią - to wszystko doszło do głosu, a gdy zacząłem wsłuchiwać się w to, co każda z tych wartości niosła ze sobą, zrozumiałem, że wreszcie znalazłem się na dobrej ścieżce.

 Aż wreszcie nie należy zapominać, że odkryłem i otworzyłem się na drugiego człowieka. Zobaczyłem dobro nie jako jakąś nierzeczywistą i odległą ideę, ale jako coś łatwo dostrzegalnego w ludzkim działaniu (całkiem dobrze jest to opisane tu). Drugi człowiek przestał być mi wrogiem, a stał się kimś bliskim, kimś dzielącym moje marzenia, pragnienia, wątpliwości. Tam, gdzie spodziewałem się zastać pustkę, bezwartościowy bezkrytycyzm i drwinę, znalazłem perłę, która opromieniła mnie swoim blaskiem. To odkrycie głębi w drugim człowieku - kimś, kogo mam przecież na wyciągnięcie ręki - zapewniło mi niezwykły spokój ducha.

 Słowa piosenki, którą przytoczyłem na początku nie kłamią; rzeczywiście odnalazłem swój sposób by wznieść się ponad ograniczenia, jakie starał narzucić mi się czas; szybowałem wysoko widząc, że ziemskie życie nie jest wszystkim; wreszcie oddychałem w prawdzie, miłości, spokoju, żeglując po oceanie wiary; na koniec uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę nie jestem tylko chwilą w czasie.

 Przeżyłem coś, czego sam nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Odbyłem niewyobrażalną podróż: zaczynając od poczucia osamotnienia, bezsensu, pustki i wszechogarniającej klęski, dotarłem do miejsca, gdzie Bóg wskazuje mi horyzont, uśmiecha się i mówi: tam dotrzemy.

 Alleluja!





Read more

poniedziałek, 23 marca 2015

Ars Poetica (3)

0 komentarze
Moje wiersze:
Część I
Część II


Sen

"Jakie marzenia w tym śnie śmiertelnym przyjść mogą?"
Pytał Hamlet strapiony nieczułością i złem
Gdy życie w obłudzie przestało wydawać się drogą
Stało się dla niego niezrozumiałym snem

Poeta nad śmiercią swej córki gorzko rozpaczał
Która odchodząc jego serce boleśnie zraniła
Z czasem przyjął swój los; Bogu powoli wybaczał
Bo w śnie mu matka wszystko wyjaśniła

Sen może być ucieczką od cieni
Czyhających na skraju świadomości
Szepczących w języku zdrady, nienawiści i złości

A gdy tkwimy w pułapce emocjami zaślepieni 
W nieustannej pogoni za wiecznym wytchnieniem
Pośród odmętów szaleństwa, to sen staje się prawdziwym przebudzeniem


W błękicie i bieli

Zatopiony w morzu bezdennej rozpaczy
Usłyszałem wśród szumu cudowny głos anieli
Czy moje puste serce wreszcie Cię zobaczy?
Czy spotkam Cię jaśniejący w błękicie i bieli?

Jak strzelista kometa mrok nocy rozpromienia
Tak twoje spojrzenie - tak zachłannie łagodne i czułe
Pustkę w moim sercu doszczętnie w pył przemienia
I naszej historii dopisuje nową fabułę

Przemierzyłem szlaki w poszukiwaniu wiecznej miłości
Ignorując jej grzeszną i pustą cielesną powłokę
Uzasadniałem swe czekanie i granie na zwłokę
 Lękając się upokorzenia i obnażenia mej słabości

Teraz, już nic więcej nas nie dzieli
Odkryłem Twe piękno w błękicie i bieli
Read more

sobota, 21 marca 2015

Dobro i zło

0 komentarze

 Pisząc o tak elementarnych kwestiach jak dobro i zło, można wpaść w pułapkę traktowania tych rzeczy w totalnym oderwaniu od rzeczywistości lub skoncentrowaniu się wyłącznie na subiektywnej stronie tych zagadnień. Ile to razy zdarza się nam sprowadzać kwestie moralne do tego, czy dany sposób postępowania jest dla nas wygodny? Ile razy patrzymy na cudze działanie przez pryzmat tego, kim jest albo czego wcześniej dokonał? Ile razy rezygnujemy z tego, co dobre, tylko ze względu na nasze lenistwo (o tak, to doskonale pasuje do mnie)? Mniejsza o konkretne liczby; w tym tekście mam zamiar przedstawić Ci dwie bardzo osobliwe, a zarazem bardzo proste wnioski, jakie naszły mnie podczas kilku ostatnich dni. 

 Zanim przejdziemy do moich przemyśleń, krótki wtręt natury filozoficznej. Przez całe wieki różni myśliciele w bardzo różnorodny sposób opisywali dobro i zło. Zabierali się do ich analizy z różnych punktów widzenia: egzystencjalistycznego, metafizycznego, idealistycznego, materialistycznego i jeszcze setek innych. Szczególnie zło zapracowało sobie i praktycznie od samego początku było traktowane bardziej jak żywioł, siła, lub po prostu niezależny byt. Przemyślenia pod tym względem Immanuela Kanta biją na głowę chyba wszystko, co do tej pory na ten temat napisano. Nie warto ich przytaczać, bo nie starczyłoby miejsca w trzech tekstach, żeby to opisać dogłębnie, ale w skrócie chodzi o to, że w każdej sytuacji trzeba zachowywać się tak żeby nasze postępowanie mogło zostać uznane za prawo powszechne. W takiej interpretacji kłamstwo, popełnione nawet w dobrym zamiarze, nie może zostać usprawiedliwione. 

 Jednakże mało który system etyczny odpowiada jasno i klarownie na pytanie "jak żyć?'. Szczególnie przemówił do mnie wniosek wysnuty przez przedstawicieli egzystencjalizmu, którzy odrzucając wszystko co niepewne, doszli do konkluzji, że jedyną pewną rzeczą jest to, że istniejemy. Jak więc w takich warunkach budować moralność, skoro nie możemy nawet uzasadnić jej bożymi nakazami czy istnieniem uniwersalnych wartości? Odpowiedź jest prosta: skoro istniejemy, to posiadamy możliwość rozwoju; tkwi w nas potencjał, nie mamy pewności, gdzie nasz szlak się kończy. I naszym celem powinno być stawaniem się czymś więcej niż się jest. Nie chodzi tu o jakąś chorobliwą ambicję czy perfekcjonizm; tylko o to, żeby każdego poranka lub wieczora, móc sobie powiedzieć, że jest się o ten milimetr lepszym. 

 Na szlaku mojej wędrówki, stawanie się lepszym rzeczywiście nadaje wielu rzeczom sens. 

 Zawsze zastanawiało mnie dlaczego przy każdej okazji, gdy ktoś wzniesie się ponad przeciętność i wykaże się zachowaniem bezdyskusyjnie dobrym, zaczyna się wokół tego robić medialny szum, dziennikarze zaczynają dorabiać do tego ideologię i cała sprawa nagle zaczyna budzić wątpliwości. Oczywiście nie mam nic przeciwko reklamowaniu dobra, ale kiedy nagle znikąd dostrzegam w mediach zamieszanie związane z jakimś dobrym czynem, wiem, że coś jest na rzeczy. Dobro traci garstkę swojej wartości na rzecz sławy, jaką zdobywa dziennikarz i ewentualnej dumy czy samozadowolenia, w jakie popada autor dobrego czynu. Każdego dnia miliony ludzi dokonują dobrych uczynków i nikt jakoś o tym nie trąbi. I bardzo dobrze, bo szczerze powiedziawszy, dobro nie potrzebuje triumfalnego pochodu; dobro nie potrzebuje blasku reflektorów - ci, którzy są w stanie je dostrzec, dostrzegą je nawet przy słabym świetle świeczki. 

Dobro nie wymaga żadnego komentarza. Na pierwszy rzut oka widać, że jest dobre.

Trochę inaczej ma się sprawa za złem. Strasznie mnie złości, że ludzie (a już w szczególności medialni szarlatani lub prawnicy) starają się je uzasadnić. Tak być nie może. I nie chodzi o to, żeby wyplenić całe zło ze świata, bo tak się nie da. Wystarczy zatrzymać się na moment i dopuścić do siebie tę myśl, że zło istnieje, że jesteśmy za nie odpowiedzialni i, co najważniejsze, nie możemy go usprawiedliwić. Nieważne czy jesteśmy w stanie odnaleźć racjonalne powody stanowiące doskonałą wymówkę.

Zło nie zasługuje na wytłumaczenie. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że jest złe.
 

Read more

wtorek, 17 marca 2015

O nieistniejącym społeczeństwie

0 komentarze



społeczeństwo - zbiorowość ludzka zamieszkująca określone terytorium, wyodrębniona pewnymi więziami (relacjami) społecznymi opartymi np. na wspólnej kulturze, religii, warunkach życia (Słownik języka polskiego)

 Zawsze mnie zastanawiało czym lub kim jest owo mityczne społeczeństwo, na które tak często wszyscy się powołują. "W oczach społeczeństwa", "według opinii publicznej", "społeczeństwo domaga się reform" i inne tego typu formułki, chociaż zrozumiałe dla mnie pod względem językowym po przyswojeniu sobie jego klasycznej definicji, po pewnym zaczęły budzić we mnie wątpliwości. Kim jest owo społeczeństwo? Czyżby ogółem wszystkich ludzi? A może jednak starannie wyselekcjonowaną próbką reprezentującą interesy ogółu? Polska rzeczywistość wyleczyła mnie z naiwnego patrzenia na sprawy polityczno-społeczne i dość szybko w oczy rzucił mi się fakt, że pojęciem społeczeństwa najczęściej posługują się ludzie, którym zależy na usprawiedliwieniu własnego postępowania i uzasadnieniu mocno kontrowersyjnych, a czasami wręcz szkodliwych, decyzji: "Musimy podnieść podatki, aby zwiększyć komfort życia społeczeństwa", "nie możemy sobie pozwolić, żeby w naszym społeczeństwie dochodziło do podobnych zjawisk", "taka decyzja jest podyktowana interesem społecznym"...

 Co się stanie, gdy z pojęcia społeczeństwa usuniemy całe niepotrzebne wodolejstwo i naukową terminologię? Zostaną ludzie. Ludzie tak zróżnicowani i tak podzieleni, że tak naprawdę jedynym czynnikiem ich łączącym stanie się ich człowieczeństwo. Ludzie, którzy, targani silnymi emocjami i uczuciami, nie są w stanie stworzyć jednego współpracującego organizmu. Nie ma co robić sobie fałszywych złudzeń; ludzie nie jednoczą się w obliczu budowy lepszego jutra. Ludzie jednoczą się w obliczu zagrożenia, a jeszcze łatwiej jest ich sobie podporządkować przymusem. Dlatego właśnie ustrój reklamowany jako najlepszy z możliwych - nasza ukochana demokracja - także zawiera w sobie środki przymusu. Nie tak spektakularne i nie tak ostre jak XX-wieczne systemy totalitarne, ale ukryte na tyle sprawnie, żeby zwykły obywatel mógł spędzać kolejne godziny przed telewizorem w poczuciu błogiego spokoju. A ten, kto zapragnąłby wyjść poza jasno wskazaną granicę wolności (jak to, to wolność może mieć w naszych czasach granice?) ma przechlapane, bo w naszych czasach państwo jest w stanie tolerować pospolity rozbój, mafie i przestępczość, ale nie ścierpi sytuacji, w której obywatele zaczynają walczyć o swoje prawa i upominać się o swoją wolność, a na dodatek wytykać palcem ludziom władzy ich kłamstwa.

  A co z tymi więziami, o których wspomina definicja? Chyba przeceniamy ich wagę, bo każdą z nich można przypisać do jednej. Tak, wspólna kultura, religia, warunki życia i inne tego typu czynniki to nic innego jak tradycja. Bądźmy szczerzy, Polacy nie walczyli przez stulecia o lepsze warunki życia czy o możliwość malowania w danym stylu, ale o prawo do własnej tradycji. Być może z tej przyczyny wszystkie próby zniszczenia narodu polskiego (Narodu! Nie żadnego społeczeństwa!) spełzły na niczym. Bo można w krótkim czasie zniszczyć muzea, kościoły, szkoły i uniwersytety, ale proces niszczenia tradycji jest trudny i długotrwały. Należy przy tym pamiętać, że im silniejsze próby wykorzenienia tradycji, tym większy opór i większa nienawiść ze strony jej obrońców.

  Dlatego właśnie moim zdaniem pojęcie społeczeństwa jest zdecydowanie zbyt szeroko rozumiane i używane w niewłaściwym kontekście. Słowo "społeczeństwo" powinno zostać na zawsze przyporządkowane do języka nauki i sięgać po nie powinniśmy tylko przy okazji analizy procesów historyczno-ekonomicznych. Precz z usprawiedliwianiem jakichkolwiek decyzji politycznych wyimaginowanym "interesem społecznym"! Niech społeczeństwo przemieni się w termin naukowy zarezerwowany dla historyków, a ludzie niech na nowo staną się ludźmi! 

 Prawdę powiedziawszy, "naród domaga się zmian" brzmi równie fałszywie w ustach jakiegokolwiek polityka jak i "społeczeństwo domaga się zmian", ale przynajmniej w takim przypadku unikamy zamydlenia oczu szerokim i nie do końca jasnym terminem.

 Nie społeczeństwo, ale Naród i nie więzi, ale Tradycja!


 





Read more

środa, 11 marca 2015

Na zachodzie bez zmian, czyli o paleniu książek...

2 komentarze

 Czy w naszym, europejskim i cywilizowanym, świecie istnieje gorsze barbarzyństwo od palenia książek? Niezależnie od perspektywy, z jakiej patrzymy na taki akt, jest on zwyczajnie pozbawiony sensu. Z ekologicznego punktu widzenia (do którego naprawdę mi daleko) to marnowanie papieru; z artystycznego -  najgorszy z możliwych sposobów wyrażenia swojej opinii na temat dzieła; ze społecznego - budowanie poparcia na fali fanatyzmu i sprzyjanie radykalności poglądów. Już nie wspominając o podstawowej zasadzie obowiązującej w kulturze; nawet jeżeli dzieło sztuki nie przypada nam do gustu, powinniśmy poprzestać na wyrażeniu własnej opinii. Jako zwolennik maksymalnej wolności, jestem przeciwny jakiejkolwiek cenzurze, nawet w uzasadnionych przypadkach, kiedy autor ewidentnie mija się z prawdą, przeinacza fakty lub publikuje treści mogące mieć niewłaściwy wpływ na czytelnika. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie samego z pasją podkładającego ogień pod nawet najgorszą szmirę pokroju... nie, nie zniżę się i nie przytoczę nazwy tego filmu nakręconego na podstawie książki, który aktualnie bije rekordy popularności (nawiasem mówiąc, marnie to świadczy o stanie współczesnej kultury, skoro takie "dzieło" jest oglądane na całym świecie)...

Berlin, maj 1933
 Wracając jednak do pierwszej myśli tego tekstu: palenie książek jest objawem najgorszego fanatyzmu i bezmyślności; jest wyrazem sprzeciwu nie wobec twórczości, ale wobec idei i wobec wartości głoszonej przez autora książki. Z naszego, bezpiecznego, XXI-wiecznego, punktu widzenia, taka sytuacja, kiedy władze, w szale wściekłości zabierają się za organizowane palenie wytworów cudzego pióra, jest czymś bardzo odległym. Nie ma co się łudzić; w naszych czasach cenzura jest dużo bardziej wyrafinowana i nie pozwala sobie na tak otwarte ataki. Jednak wcale nie tak dawno temu, bo w latach 30 ubiegłego wieku, totalitarne państwo niemieckie postanowiło rozwiać wątpliwości pod adresem powieści "Na zachodzie bez zmian" Ericha Marii Remarque'a i, po uznaniu jej za szkodliwą dla przyszłego aryjskiego społeczeństwa, rozpoczęła zorganizowane jej palenia. Niezależnie od efektów całej tej akcji, warto wziąć pod uwagę fakt, że niszczenie książek zostało zainicjowane przez studentów, a w dziele tym dzielnie sekundowali im ich profesorowie i rektorzy. 

  Co do samej książki: jestem w stu procentach przekonany, że "Na zachodzie bez zmian" na zawsze wyleczyła mnie z entuzjastycznego młodzieńczego zachwytu, z jakim młodzi mężczyźni podchodzą do spraw wojny. Po lekturze tej powieści, przez pewien czas wydawało mi się nawet, że jestem pacyfistą, lecz teraz mam świadomość, że wojna należy do rzeczy ostatecznych, których należy za wszelką cenę unikać. 

Przy pierwszym rozhuku granatów jednym uderzeniem zapadamy się częścią naszego istnienia o tysiące lat wstecz. To instynkt zwierzęcia, co się w nas budzi, wiedzie nas i ochrania. Nie jest on świadomy, jest o wiele szybszy, znacznie bardziej nieomylny od świadomości. Niepodobna tego wyjaśnić. Idzie się i nie myśli o niczym – nagle leży się w rowie pośród gleby, a ponad tym pryskają w dal ułamki pocisków, ale niepodobna sobie przypomnieć, iżby słyszało się nadlatujący granat lub, aby myślało się o rzuceniu się na ziemię. Gdyby polegać na tym, byłoby się już masą porozrzucanej miazgi. To było to inne, ta jasnowidząca czujność w nas, która rzuciła nas o ziemię i ratowała nie wiedzieć jak. Gdyby nie istniało to, od Flandrii aż po Wogezy, nie byłoby już od dawna ludzi. Odjeżdżamy jako osowiali lub dobrze usposobieni żołnierze, dostajemy się do strefy, gdzie rozpoczyna się front, i – staliśmy się bestiami ludzkimi.

 Można o wojnie pisać z patosem i mocą. Można ukazywać ją jako coś nieuniknionego, coś głęboko zakorzenionego w naszej naturze. Można uczynić z niej tło dla ważnych przemian społeczno-ekonomicznych. 
  Remarque napisał, w prostych, ale jakże prawdziwych słowach, o tym, jaka wojna jest naprawdę. O tym, jak widzi ją człowiek, kiedy zostaje rzucony prosto w jej wir, gdy wola przetrwania przezwycięża wszystkie nawyki i wszystkie przyzwyczajenia będące wytworami cywilizowanego świata.
  Z tej perspektywy wojna jest klęską. Największą tragedią ludzkości. Najgorszym wytworem naszej cywilizacji. 

  Sam tytuł powieści, mówi o niej wszystko. "Na zachodzie bez zmian" - tak brzmiał komunikat radiowy rozgłaszany w Niemczech podczas walk na froncie zachodnim podczas I Wojny Światowej, kiedy tysiące żołnierzy ginęło po obu stronach, a linia frontu wciąż przebiegała w tym samym miejscu.

  Ja już nie mam więcej do powiedzenia. Niech przemówi Erich Maria Remarque i Wasze sumienia.

---------------------------------------------------------------------------------------------------

"Staliśmy się twardzi, nieufni, bezlitośni, mściwi, brutalni i tak było dobrze; gdyż brak nam było tych właśnie cech. Gdyby posłano nas do okopów bez tego wyszkolenia, wtedy większość z nas oszalałaby pewnie. W ten zaś sposób byliśmy przygotowani na to, co nas czekało.
Nie załamaliśmy się, dopasowaliśmy się: nasze dwadzieścia lat, które niejedno czyniły nam tak ciężkim, były nam pomocą"

"My nie jesteśmy już młodzieżą. Nie pragniemy już zdobyć świata szturmem. Jesteśmy uciekinierami. Uciekamy sami przed sobą. Przed naszym życiem. Mieliśmy osiemnaście lat i rozpoczęliśmy miłować świat i istnienie; musieliśmy strzelać do tego. Pierwszy granat, który padł, trafił w nasze serce. Jesteśmy odcięci od tego, co czynne, od dążenia, od postępu. Nie wierzymy już w to wszystko; wierzymy w wojnę"

"Jakżeż pozbawione sensu jest wszystko, co kiedykolwiek zostało napisane, uczynione, pomyślane, jeśli coś podobnego jest możliwe. Widocznie wszystko było skłamane i puste, jeśli kultura wielu tysięcy lat nie zdołała temu zapobiec, przelaniu tych strumieni krwi, istnieniu setek, tysięcy tych więzień udręki."

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Na zachodzie bez zmian" Ericha Marii Remarque'a

Jeśli masz taką możliwość, przeczytaj ją. Nie jest długa, nie jest napisana skomplikowanym językiem.
Ale jest drastyczna i przeszywa do szpiku kości. Właśnie dlatego naziści tak jej nienawidzili.
* * *
Mój profil na Facebooku

Inne teksty, które mogą Ci przypaść do gustu:
"Polityka? Dziękuję, tak nisko jeszcze nie upadłem..."
Gniew i pogarda
Moje J'accuse...!
O nieistniejącym społeczeństwie 


Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009