"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

środa, 6 maja 2015

O obojętności

0 komentarze
 
 Wielkie galerie handlowe. Któż z nas ich nie zna? Ogromne centra, które przyciągają do siebie tłumy ludzi i niezauważalnie wysysają z nich owoce ich ciężkiej pracy. Sanktuaria nowej generacji niewolników, składających swój hołd bożkom nie za pomocą modlitw, postu, ofiar czy jałmużny, lecz prostą, pozbawioną głębi konsumpcją. Kolejna kawa wypita w modnej sieci kawiarń, kolejne zdjęcia zrobione sobie tu i ówdzie nowym smartfonem. Przymierzone buty, na które nigdy nie będzie ich stać; spodnie o fikuśnym kroju i pstrokatym kolorze i bluzki nadmiernie eksponujące pewne części ciała w zależności od ich gustów stają się źródłem kpiny lub najgorętszym marzeniem. Moda - najbanalniejszy i najmniej trwały wytwór ludzkiej cywilizacji. Ale przecież nie kończy się na wizytach w najprzeróżniejszych sklepach z ubraniami, nie; gdyby kończyło się na tym, pewnie byłoby to do wybaczenia. Mamy tu do czynienia z najgorszym sposobem przeżywania życia. Czasem, gdy staram się wsłuchać w brzmienie rozmów tych, nieświadomych swej niewoli, niewolników, słyszę bełkotliwe paplanie; przepona, żuchwa i struny głosowe wykonują swoją pracę gorliwie i bezbłędnie, tylko po to, żeby z ich ust wydobyło się bezwiedne ucieleśnienie ich myśli: "Mieć... Mieć. Mieć!".

 Czasami odnoszę wrażenie, że największą klęską gatunku ludzkiego jest to, że dał sobie wmówić, że spełniając wszystkie swoje materialne pragnienia, uzyska szczęście.

 Nie należę do stałych bywalców takich miejsc, ale fascynują mnie dusze tych współczesnych niewolników, uzależnionych nie tylko od posiadania, lecz również od uznania w oczach swoich równie próżnych znajomych. Jest coś intrygującego w ich sposobie patrzenia na świat (jak zresztą w każdym sposobie patrzenia na świat, który nie jest mój); coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć i coś, co mnie przeraża. To słodkie zapomnienie, jakiemu ulegają wkraczając w świat barwnych witryn, wystaw sklepowych i eleganckich garniturów, garsonek, szpilek i sukienek. To odrzucenie na bok wszelkich myśli o drugim człowieku (no chyba, że chodzi o kochane przyjaciółki lub przyjaciół, z którymi właśnie przemierzają kolejny modny sklep). Wtedy zostają oni sam na sam ze swoją naturą. Ze swoim egoizmem i ze swoimi niepohamowanymi pragnieniami. I oczywiście bez chwili zawahania jej ulegają.

 I wreszcie jest też ta przeklęta obojętność, która jest gorsza od kpin, szyderstw i wyzwisk. Nie ma w tym ani żaru, ani chłodu. Ognia ani lodu. Czysta, niczym nieskalana, obojętność. Żadnych wątpliwości; odgórny nakaz nie pozostawia miejsca na inne emocje, poza tymi związanymi z przyjemnością lub jej brakiem.

  Czyż ciężki, cotygodniowy wysiłek nie stanowi wystarczającego uzasadnienia? Człowiek haruje po osiem godzin dziennie nie po to, żeby do swoich życiowych ciężarów dodawać jeszcze jakieś emocjonalne zaangażowanie w problemy drugiego człowieka. Toż to zakrawa na absurd! Podczas długo oczekiwanego wypoczynku mam się zajmować kimś innym i jego kłopotami... Niedoczekanie!

 I rzeczywiście, poprzestając na takiej konkluzji, rzesza ludzi zatapiają się w tej obojętności, nie dostrzegając, że niewyczerpane źródła empatii, co do których istnienia wewnątrz siebie nie mają wątpliwości, zaczynają się niebezpiecznie kurczyć.

 Nie będę się o tym rozpisywał. Podam tylko przykład, który najbardziej mnie poruszył i obok którego nie byłem w stanie przejść obojętnie. 

 Dwa czy trzy razy, z mniej lub bardziej prozaicznej przyczyny (chciałem sobie kupić książki i przy okazji skonsumować  kilka przepysznych rurek z bitą śmietaną) sam wybierałem się do jednego z takich  współczesnych "sanktuariów", do popularnej Arkadii. Właśnie tam miałem okazję na własne oczy doświadczyć tej ludzkiej obojętności. Do dziś to wspomnienie mnie prześladuje.

 Obok chodnika, na przezornie rozsypanych przez kogoś kamieniach (w miejsce trawy), uczyniwszy sobie siedzisko z najzwyklejszego tekturowego kartonu, siedział bezdomny. Bezdomny. Nie pijak, nie menel, nie włóczęga. W rękach trzymał małego psa. Chociaż jego strój jasno wskazywał na fatalną sytuację materialną, to on sam ze wszystkich sił próbował udowodnić, że nie należy go oceniać po pozorach. Nie błagał na kolanach. Nie był nachalny. Nie unosił głosu. Spoglądał jedynie na mijających go ludzi z mieszaniną nadziei i rozczarowania. Dla niektórych sam jego stan był wystarczającym powodem by potraktować go jako jeszcze jeden, zdecydowanie niezbyt piękny i raczej szkaradny, element rzeczywistości. I pamiętam, mijali go, bez słowa, nie zdobywszy się nawet na jedno spojrzenie, nie przerywając prowadzonych rozmów, nie wyjmując słuchawek z uszu. Nie odrywając oczu od tak bliskiego kresu ich wędrówki - monumentalnego gmachu centrum handlowego.

 Mijali go obojętnie, tak jak mija się liście, które spadły z drzew. Albo zwiędłe kwiaty. 

 Sam nie byłem lepszy; dopiero ta świadomość, że ci wszyscy ludzie go ignorują, obudziła we mnie pragnienie, żeby zrobić coś więcej i przeciwstawić się tej obojętności. Uświadomiwszy sobie pogardę, na jaką został skazany ten mężczyzna, poczułem w sobie gniew i wściekłość. Przetrząsnąłem swoją kurtkę i wrzuciłem mu wszystko, co miałem; zostawiłem sobie tyle, żeby móc wrócić autobusem do domu. Podziękował mi z uśmiechem i życzył miłego dnia. Nie był to najpiękniejszy uśmiech, jaki w życiu oglądałem, ale bez wątpienia jeden z najszczerszych.

 Już nawet nie chodzi mi o to, żeby ktoś z nich sięgnął po portfel i z obrzydzeniem wrzucił mu do miski jakieś drobniaki, byle tylko uspokoić własne sumienie.
 Zastanawia mnie to obrzydzenie i świadomość własnej wyższości, jaką ujrzałem w ich oczach. Oni naprawdę mieli się za lepszych, piękniejszych i doskonalszych.

 W tym całym swoim pędzie nie zauważyli, że istnieje jedna, jedyna kategoria, w której ani sława, ani bogactwo, ani wygląd zewnętrzny, ani inteligencja, ani żaden inny czynnik nie odgrywa żadnej roli. Jest to nasze człowieczeństwo.

  To, że każdy człowiek jest naszym bliźnim.

 Codziennie zastanawiam się, dlaczego tak ciężko jest im ujrzeć w kimś takim człowieka.
 I wciąż nie znam odpowiedzi na to pytanie.


Read more

piątek, 1 maja 2015

Cierpiętnik z Kopenhagi - czyli krótka opowieść o Sorenie Kierkegaardzie...

0 komentarze

"W każdym pokoleniu jest dwóch czy trzech, którzy zostają ofiarowani za innych, by w straszliwym cierpieniu odkryli, co owym innym wychodzi na dobre"

"Jestem człowiekiem, który mógłby być potrzebny w razie kryzysu, królikiem doświadczalnym na potrzeby istnienia".

"Nie tylko dla innych, ale u dla siebie samego jest się zagadką. Badam siebie; jeżeli mnie to męczy, zapalam dla zabicia czasu cygaro i myślę: na Boga, co stwórca myślał tworząc mnie, albo czego się po mnie spodziewał?"

 Soren Kierkegaard urodził się 5 maja 1813 roku w Kopenhadze. Te dwa czynniki - data i miejsce urodzenia - nie pozostały bez wpływu na jego dalsze losy. Przyszedł na świat, gdy epoka romantyzmu przeżywała swój rozkwit i powoli zbliżała się do momentu krytycznego. Jest w tym trochę brutalnej ironii: choć sam bez wątpienia był pisarzem i poetą romantycznym, to jego epoka odrzuciła jego myśl ze względu na jej innowacyjność i skazała go na zapomnienie. Odkryty przez psychologów, krytyków literatury i filozofów dopiero sześćdziesiąt lat po śmierci, stał się przewodnikiem duchowym wszystkich egzystencjalistów i wszystkich tych, którzy na nowo zapragnęli postawić człowieka w centrum zainteresowania. Jednakże jego skupienie się na rozważaniach nad naturą człowieka było iście skandynawskie; pozbawione śródziemnomorskiej radości życia i optymizmu, pełne lęku, niepokoju i rozpaczy.

  Nasze czasy za wszelką cenę próbują spoić poglądy każdego myśliciela w jeden spójny system; to, co najbardziej urzeka w myśli Kierkegaarda, to fakt, że nie pisał on swoich dzieł dla przyszłych pokoleń i wybitnie mądrych filozofów, którzy przyjdą po nim, ale dla konkretnego człowieka: mnie, ciebie i każdego z nas ("Pozostawię po sobie niemały kapitał intelektualny; i niestety, wiem, kto będzie moim następca, on, ta postać, która jest dla mnie niesamowicie odpychająca, która jednak ostatecznie przejmie wszystko; ktoś,  kto będzie przejmował to wciąż: wykładowca akademicki, profesor").

Kierkegaard
 Kierkegaard spędził prawie całe swoje życie w Kopenhadze (w latach czterdziestych odwiedził Niemcy, ale rozczarowany wykładami Schellinga szybko wrócił do Danii). Był synem bogatego handlarza wełną, który wychował syna w bardzo surowej tradycji protestanckiej, skupionej wokół cierpienia Chrystusa, grzeszności człowieka oraz kwestii łaski i przeznaczenia. Przez większość swej młodości posłuszny ojcu, w pewnym momencie przeżył chwilę zwątpienia. Podczas studiów teologicznych filozoficznych zaczął prowadzić hulaszczy tryb życia, wpadł w nieciekawe (ale barwne) towarzystwo i narobił sobie długów. Ostatecznie doszedł do porozumienia z ojcem, który uregulował jego rachunki i zapewnił mu mieszkanie oraz comiesięczną pensję równą mniej więcej wynagrodzeniu wyższego urzędnika państwowego. Jego relacje z ojcem do końca pozostawały napięte, co znalazło zresztą odzwierciedlenie w jego dziełach: z jednej strony chciał przedstawić własną wizję chrześcijaństwa, a z drugiej nie mógł wyzwolić się od jego wpływu. Po jego śmierci odziedziczył spory majątek, który zapewnił mu stabilność finansową do końca życia.

Należał do tych myślicieli, którzy wyjątkowo cenią praktyczne zastosowanie nauki. Jak głoszą świadectwa historyczne, zatrzymywał przechodniów w Kopenhadze i wdawał się z nimi w pogawędkę. Kochał muzykę Mozarta, a ponad wszystkie jego kompozycję wywyższał operę "Don Juan". Podobno słynął z uprzejmości; zawsze miał dla każdego dobre słowo i w codziennym obyciu wydawał się miłym i wybitnie inteligentnym młodzieńcem.
 Od samego początku cechowała go słabość fizyczna i chorowitość. Przyznawał się do tego otwarcie w swoich dziennikach. Przewidywał, że nie przekroczy granicy trzydziestu lat. Cierpiał na chroniczną melancholię i depresję, różne zaburzenia podchodzące pod schizofrenię i gwałtowne zmiany nastrojów. Zdarzały mu się okresy głębokiej zadumy i milczenia. Wszystko to zebrane razem miało bardzo poważny wpływ na jego życie i twórczość; sądzi się, że osobiste doświadczenie cierpienia znalazło swoje przełożenie w jego filozofii.

Regina Olsen
  Cierpienie i smutek opisywał z powściągliwością i znosił ze stoickim spokojem. Inaczej sprawa ma się z miłością, o której pisał m.in. tak: "Władczyni mego serca! Czy mogę wierzyć w opowieści poetów, że gdy pierwszy raz widzi się obiekt swej miłości, to można wyobrażać sobie, że widziało się go już dawno, tak że wszelka miłość jest niczym wszelka wiedza: przypominaniem!". To była bardzo dziwna miłość. Jego wybranka, Regina Olsen, dziesięć lat młodsza od niego, odwzajemniała jego uczucie. Przez długi czas wszystko wskazywało, że to będzie szczęśliwy związek: filozof był w niej zakochany do szaleństwa, a Regina dzielnie znosiła jego dziwactwa i nie widziała poza nim świata.

  Nagle, ni z tego ni z owego, Kierkegaard doszedł do wniosku, że nie może się z nią ożenić. Nie chodzi tu o jakąś nagłą ochłodę uczuć; najpewniej wewnętrzny głos podpowiedział mu, że nie może podjąć takiej decyzji. Prawdziwych przyczyn ich rozstania prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Wiemy jedynie, że Regina przez długi czas nie mogła pogodzić się z takim rozwojem wypadków. Cierpiała, a on przez długi rok nie był w stanie zakończyć ich związku. Nigdy do końca go nie znienawidziła i nawet po wyjściu za mąż darzyła go sentymentem. Co ciekawe, on również nigdy jej nie "zdradził", w tym sensie, że zawsze miał ją w sercu i nigdy nie pokochał innej. W 1849 pisał do niej w liście:  "Byłem okrutny. Milczałem. Nie mógłbym Cię poślubić, nawet gdybyś była wolna, nie mógłbym kiedy kochałaś mnie tak, jak ja kochałem Ciebie; wiele Ci zawdzięczam, a teraz jesteś zamężna. Proponuję Ci jednak raz jeszcze to, co jestem w stanie i na co mogę się zdobyć: pojednanie. W każdym razie od początku do końca jestem całkowicie oddany Tobie, S.K.". Ta historia nie kończy się tragicznie; większość ze swoich dzieł zadedykował właśnie jej, zaś po śmierci cały jego majątek i wszystkie pisma przeszły na nią.

 Ostatni okres życia, od rozstania z Reginą (1842) aż do śmierci (1855) najbardziej obfitował w twórczość literacką. Powstały wtedy dzieła takie jak: "Albo-albo", "Bojaźń i drżenie" (1843), "Czyny miłości" (1847) czy "Choroba na śmierć". Każde z nich stanowi nie tylko interesujące dzieło z punktu widzenia teologiczno-filozoficznego, ale stanowi również przykład literatury najwyższych lotów. Nie bez powodu uważa się, że Kierkegaard jest tym z filozofów, który pisał najpiękniej. Wspaniałe operowanie piórem i gorączkowy pęd twórczy, miłosne rozterki, choroby i cierpienie fizyczne... W tym okresie dołączyły do tego jeszcze kryzys wiary i wielka bitwa z Kościołem (protestanckim). O ile swojej wiary nigdy nie utracił, przezwyciężył wątpliwości i pozostał wierny Bogu, o tyle swojej batalii z Kościołem nie doprowadził do końca. Przez ostatnie pięć lat życia zawzięcie walczył o to, by z chrześcijaństwa fasadowego, opartego na samej instytucji Kościoła i bezmyślnym, nieświadomym przywiązaniu do tradycji, stworzyć chrześcijaństwo prawdziwe; w duchu nowotestamentowym, zbudowane na świadomej wierze. Krytyka została źle odebrana; stał się obiektem kpin, w prasie pojawiały się liczne jego karykatury i żaden głos nie podniósł się w jego obronie. Umierał z jednej strony w poczuciu klęski (ostatecznie jego idee zostały wyszydzone i wyśmiane), a z drugiej jako ten, który podążał za głosem prawdy i walczył o uczciwość. Zmarł 11 listopada 1855 roku tam, gdzie spędził całe swoje życie - w Kopenhadze. Odszedł pogodzony z losem i z Bogiem; na swoim grobie kazał wyryć następujące słowa duńskiego poety Brorsona:
Jedna z karykatur

"Jeszcze trochę,
 A potem zwyciężę
 Cały ten spór
 W nicość rozwieję

 Potem zatriumuję
 W potoku życia
 I wiecznie, na zawsze
 Rozmawiał będę z Chrystusem"

 Zanim przejdę do krótkiego podsumowania wpływu, jaki miał na mnie ten niezwykły duński myśliciel, postaram się w bardzo skrótowej i uproszczonej formie przedstawić podstawowe jego poglądy.

 I. Liczy się to, co indywidualne i subiektywne. Być może nasz świat ma charakter wielkiej rzeki, ku której źródłu i ujściu nie jesteśmy w stanie sięgnąć, ale życie każdego z nas jest tylko punktem. Co nas obchodzi to, co było przed nami i to, co będzie po nas? Jeżeli chcemy sięgać myślą dalej, w przyszłość, musimy najpierw rozwiązać własne problemy.

II. Nasze życie jest przepełnione sytuacjami, w których musimy podejmować decyzje, często niosące ze sobą radykalne konsekwencje. Różne decyzje mogą mieć różne skutki u różnych osób. Jedni są stworzeni do życia w małżeństwie, inni najlepiej czują się w samotności, a jeszcze inni kochają słuchać jazzu. Nie znaczy to jednak, że małżeństwo, samotność czy jazz są bezwzględnie dobre. Mogą być dobre, mogą się po prostu nie nadawać. Mamy wybór. To od nas zależy, co uznamy za właściwe, a co nie. Oczywiście wartości takie jak miłość, wolność czy dobro, nie podlegają takiemu uwarunkowaniu. Ale nasze życie bardzo rzadko wchodzi bezpośrednio w ich sferę, dlatego nasza egzystencja jest jednym wielkim albo-albo.

III. Rozwój duchowy człowieka składa się z trzech okresów (stadiów). Pierwsze z nich, tzw. estetyczne, charakteryzuje się lekkomyślnością w postępowaniu, nie zastanawianiem się nad przyszłością i egoizmem. W pewnej chwili jednak nadchodzi (albo i nie) moment rozpaczy; zaczynamy patrzeć dalej, zaczynamy szukać jakichś bezwzględnych reguł postępowania, obiektywnej prawdy. Wtedy zaczyna się stadium etyczne. Na samym końcu drogi znajduje się stadium religijne; uznajemy, że jesteśmy grzeszni i niedoskonali i w ostateczności decydujemy się na ucieczkę do Boga, a raczej na skok do wiary: czyli na uwierzenie pomimo absurdu i niepewności; na zaufanie do samego końca.

IV. Wielu z nas posiada wizję wieczności jako niekończącego się życia w czasie. Jest to obraz ze wszech miar fałszywy; prawdziwa wieczność to nie nieskończone trwanie w czasie, ale życie poza czasem. Zdaniem Kierkegaarda właśnie w tym kryje się jedna z pułapek wiary: nie jesteśmy w stanie pojąć tajemnicy wieczności; próbujemy zastąpić ją wyobrażeniem nie podlegania czasowi, ale jest to tylko fałszywe złudzenie.

V. Chrześcijaństwo nie może być oparte na autorytecie instytucji i szacunku do tradycji. Wiara powinna być wyborem a nie koniecznością. Nie możemy budować religii na mało zrozumiałych określeniach, które mogą zaciemniać obraz sytuacji. Nie możemy udawać, że jesteśmy doskonali. Nie możemy twierdzić, że chrześcijaństwo już zostało idealnie opracowane i jedyne, co nam pozostało to podążanie za światłymi wskazówkami hierarchów. Wiara powinna być oparta na uczciwości.

VI. Podstawowym rozróżnieniem, jakim zazwyczaj się posługujemy w sprawach dotyczących moralności jest dobro i zło. Kierkegaard dostrzega, że jest jedna wartość, która bezpośrednio poprzedza dobrą lub złą decyzję, czyn i intencję,  Jest to wolność. Dobro i zło jest zawsze poprzedzone sytuacją wolności, w której możemy zdecydować się na wybór.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Co zawdzięczam Sorenowi Kierkegaardowi? Przede wszystkim to, że pokazał mi, że wiara nie jest czymś oczywistym; że uczucia, takie jak rozpacz, lęk i niepokój są czymś naturalnym i nieuniknionym. W jego twórczości fantastycznie są ukazane te wszystkie sprzeczności ludzkiej natury. Szydzi on z tych wszystkich zapracowanych i zagonionych ludzi, którzy nie mają czasu by spojrzeć wgłąb siebie i pokazuje, że tak naprawdę liczy się to, co wieczne.

 Poza tym nikt tak pięknie nie opisuje uczuć, które wydają się niemożliwe do opisania.

"Czym jest poeta? Nieszczęśliwym człowiekiem, który kryje w swym sercu głębokie cierpienie, a którego wargi są tak uczynione, że kiedy westchnienia i skargi przelewają się przez nie, brzmią one jak piękna muzyka. Podobnie jak ci nieszczęśni zamknięci w byku Falarysa pomału gorzeli na wolnym ogniu i których jęk nie mógł zmiękczyć serca tyrana, gdyż dochodził do jego serca w kształcie łagodnej muzyki. A ludzie tłoczą się wokół poety i mówią mu: zaśpiewaj znowu, a to znaczy: niech nowe cierpienia umęczą twą duszę; i niech twe wargi będą takie same jak wprzódy; gdyż krzyk twój przestraszy nas, a muzyka jest dla nas przyjemna..."

 "Ze wszystkich śmiesznych rzeczy najśmieszniejszą wydaje mi się być zajętym w światowych sprawach. Śmieszny jest człowiek, który śpiesznie je i śpiesznie pracuje. Dlatego kiedy widzę muchę, która siada na nosie takiego człowieka w najpoważniejszej chwili, kiedy widzę, jak ochlapując go przejeżdża powóz, któremu jeszcze bardziej się śpieszy; kiedy zwodzony most unosi się przed nim, kiedy spada mu na głowę dachówka i zabija go, śmieję się z całego serca. A któżby mógł powstrzymać się tu od śmiechu? Za czymże gonią ci szybkobiegacze? Czy nie podobni są oni do tej kobiety, co przerażona domowym pożarem wyniosła z domu pogrzebacz? Cóż więcej wynoszą oni ze wspaniałego pożaru życia?"

"Czym jest młodość? Snem. Czym jest miłość? Treścią snu."

  Z czystym sercem mogę przyznać, że tak naprawdę on nauczył mnie myśleć i wskazał mi drogę.
  Nie idę po jego śladach; idę swoim szlakiem, ale nie boję się nim iść, bo on udowodnił mi, że wcale nie trzeba się bać.
Read more

sobota, 25 kwietnia 2015

Agape

0 komentarze

  Nie ma co ukrywać, że nasz ojczysty język, chociaż piękny i bogaty, nie zawsze jest w stanie wyrazić  nasze emocje, uczucia, wrażenia i myśli za pomocą słów. Tak jak każda dziedzina nauki posiada swój żargon, bez znajomości którego nasze próby zrozumienia jej treści mijają się z celem (banalny przykład: matematyka; gdybyśmy nie znali pojęć trójkąta, punktu, sześcianu czy funkcji, nasze próby pojęcia zależności panujących między nimi z góry byłyby skazane na niepowodzenie), tak samo i w chrześcijaństwie istnieje pewna grupa terminów, które stawiają w zupełnie innym świetle podstawowe wartości moralne: miłość, wolność, sprawiedliwość etc. Właśnie jednym z takich pojęć jest agape.

   Pojęcie agape pochodzi z antycznej greki i znaczy tyle co miłość. I gdyby, tak jak w języku polskim, jedno słowo określałoby miłość bez względu na jej rodzaj, ten tekst nie miałby większego sensu. Jednakże starożytni grecy wyróżniali różne odmiany tego uczucia i tak obok agape funkcjonowały m.in. philia, eros czy storge. Myślę że nie bez powodu posługiwano się czterema różnymi słowami na opisanie tego największego z uczuć; ostatecznie każdemu z nas często towarzyszy wrażenie zagubienia w gąszczu własnych uczuć i niemożność jasnego wyrażenia własnych pragnień. 
  
  Przejdźmy jednak do samej treści agape. Pod tym pojęciem kryje się bezinteresowna, niezważająca na przeciwności losu, nieżądająca zadośćuczynienia i zapłaty, całkowicie wolna od pożądania i cielesności, pełna poświęcenia i gotowości do cierpienia, braterska lub siostrzana, miłość. Z różnych świadectw, jakie możemy odnaleźć (także w Biblii) wynika, że taka relacja panowała we wspólnotach pierwszych chrześcijan. Nierzadko zdarzało się, że bogacze wyprzedawali swój majątek, aby tylko wspomóc swoich biedniejszych współbraci; czynili to bez żadnej zawiści, z przepełniającą ich serca niewysłowioną radością, jaka może płynąć tylko z bezinteresownego czynienia dobra.
Z punktu widzenia dzisiejszego człowieka, taka agape to nie tylko przeżytek, ale także straszliwe niebezpieczeństwo. Przecież jak można uważać cudze życie za ważniejsze od własnego? Jak można cudze dobro przedkładać ponad własną przyjemność i bezpieczeństwo? Czy to w ogóle możliwe, żeby wyjść ze swojej, ogrodzonej ze wszystkich stron i w stu procentach niezagrożonej, strefy komfortu?
     
  Są dwa wyjścia. Możemy zagrzebać się w tych wszystkich zdeformowanych formach miłości, jakie oferuje nam dzisiejszy świat; zatracić się w egoistycznej trosce o własną przyjemność, patrzeć na drugiego człowieka wyłącznie jako środek do osiągnięcia zamierzonego celu, wyrugować z naszej definicji miłości wszystko co piękne i sprowadzić ją do pożądliwości i cielesności oraz poddać się wszechogarniającej nasz świat gorączce i ślepemu pędowi za zmysłowością.

   Albo wybrać agape.

  Wszyscy pragniemy być kochani i oczekujemy z niecierpliwością na to, aż zjawi się ktoś, kto nas pokocha. Obierając za ideał miłość agape, nie możemy czekać z założonymi rękami; musimy wyjść do ludzi i uświadamiać im ze wszystkich sił, że są kochani. 
 
  Oni tego pragną, tak jak usychającą roślina pragnie wody.
   
  Przeglądając kiedyś stary przedwojenny śpiewnik należący do mojej babci, znalazłem piosenkę zatytułowaną „Szaleńcy miłości”. Myślę, że jej tytuł świetnie obrazuje główną ideę tego tekstu.
 
Trzeba się odważyć, by zostać szaleńcem.
Trzeba się odważyć, żeby kochać naprawdę. 
  
„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.
- J 15, 13
Read more

czwartek, 23 kwietnia 2015

Moje J'accuse...!

0 komentarze

  Oskarżam!

 Oskarżam zachodnią cywilizację o zdradę ideałów, zatracenie się w postępie technicznym i utratę tożsamości. O bezmyślne podążanie za tym, co modne i popularne. O totalne zagubienie zmysłu artystycznego i estetycznego. O przewartościowanie wszystkich wartości. O dotarcie na skraj przepaści i kroczenie drogą nieodwracalnej klęski.

 Oskarżam media o promowanie kiczu, robienie celebrytów z idiotów i mianowanie autorytetami ludzi o wątpliwych zaletach moralnych. O tworzenie fałszywego obrazu rzeczywistości, utrzymywanie widzów i czytelników w słodkiej iluzji i nieświadomości oraz o podżeganie do nienawiści. O wyzucie dziennikarstwa z obiektywizmu i o uczynienie z niego zwykłej propagandy.

 Oskarżam polityków o kłamstwa, lawirowanie i intrygi. O wodolejstwo, plucie obywatelom w twarz i brak skrupułów w przekraczaniu granic moralnych. O brak kultury, wychowania i wykształcenia. O brak poglądów i zwykłe pchanie się do koryta. O manipulowanie, korupcję i uleganie naciskom ze strony różnych grup interesów. Wreszcie o brak patriotyzmu; hańbienie dobrego imienia ojczyzny i podlizywanie się partnerom dyplomatycznych.

 Oskarżam społeczeństwo o marazm, gnuśność i beztroskę. O brak wiary we własne możliwości i brak świadomości własnej siły. O niekończące się narzekanie i nieumiejętność wysuwania konstruktywnych propozycji. O całkowite oddanie kwestiom przyziemnym i brak szerszej perspektywy myślowej. O brak nadziei na poprawę losu i forsowanie wciąż tych samych rozwiązań problemów, które nie działają. O irracjonalny lęk przed zmianą.

 Oskarżam współczesną moralność o relatywizację wszystkich wartości. O celowe zatarcie różnicy pomiędzy dobrem i złem. O wmawianie ludziom, że kłamstwo jest dopuszczalne. Że przyjemne konsekwencje czynu są ważniejsze od jego moralności. O zdyskredytowanie pojęcia honoru. O przedkładanie sztucznej równości nad wolność. O bezkrytyczne popieranie tego, co dziwne i nienaturalne i równie bezkrytyczne atakowanie tradycji.

 Oskarżam Kościół o nieumiejętność stworzenia jednolitej narracji. O tkwienie z jednej strony w dawnych, skostniałych i całkowicie nieaktualnych rozwiązaniach, a z drugiej nieprzemyślane podporządkowywanie się współczesnym trendom i modom.O odstraszanie wiernych średniowieczną retoryką potępienia, omijanie problemu wolnej woli i ignorowania zdroworozsądkowego głosu wiernych. O zniechęcanie do siebie niewłaściwym przykładem i przemianę ze skromnych pasterzy w bogatych latyfundystów. O tkwienie myślą przy tym, co ziemskie, a nie tym, co wieczne.

 Oskarżam naukę o brak szacunku dla wartości duchowych. O postulowanie nieistnienia duszy, o próby wmówienia mi, że moje życie jest tylko krótką chwilą w czasie i przedstawianie wszystkiego za pomocą liczb, wykresów i statystyk. O pozbawianie emocji tego, co ze swojej istoty musi być nimi przesycone i racjonalizowanie tego, co nieracjonalne. O kwestionowanie człowieczeństwa płodów, o naukowe uzasadnianie morderstwa i pozbawianie ludzi prawa do wyrażania własnych poglądów "w imię postępu".

 Oskarżam samego siebie, nas wszystkich i każdego z osobna o niedoskonałość, pychę i słabość. O zwątpienie, o strach i o zadawanie cierpienia drugiemu. O bezmyślność, krytykanctwo i zaślepienie. O kierowanie się cudzymi wskazówkami, a nie głosem serca i sumienia.

 Oskarżam, ale moje oskarżenie nie ma na celu potępienia. 
 Chodzi mi jedynie o uczciwość. Nawet nie o prawdę, nie o zwycięstwo, nie o przyznanie mi racji. O zwyczajną, ludzką, uczciwość.

 Oskarżam nie dla spokoju mojej własnej duszy, lecz dla niepokoju waszych!



  

 

Read more

sobota, 18 kwietnia 2015

"Źródło" - recenzja

0 komentarze

 Nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem muzyki chrześcijańskiej. Generalnie rzecz biorąc, bardzo późno zacząłem kształcić swój gust muzyczny i od samego początku dominowała w nim dawna klasyka z lat 70. i 80. Dire Straits, później moja pierwsze poważna fascynacja - Uriah Heep, oczywiście Floydzi, Led Zeppelin i inne zespoły, które wśród moich rodziców mają przyklejoną łatkę "muzyka mojej młodości". Z czasem przyszło zainteresowanie także współczesnymi zespołami, które w większym lub mniejszym stopniu podpadają pod progresywnego rocka. Jednakże, mimo mojej względnej otwartości na inne gatunki, jakoś nigdy nie było mi po drodze z tym, co określa się szeroko jako "muzykę chrześcijańską". Niespecjalnie przypadały mi do gustu z jednej strony pełne patosu i powagi wolne pieśni, wykonywane być może pięknie, ale bez mocy i szczerości, a z drugiej stylizowane na popowe piosenki o lekkim charakterze, pozbawione głębi i przesłania. Przez jakiś czas szukałem odpowiedniego wyważenia, aż w końcu całkiem niedawno natknąłem się na zespół 2Tm 2, 3. Po dość pobieżnym zapoznaniu się z różnymi utworami z ich repertuaru i dojściu do wniosku, że brzmią one interesująco, absolutnie w ciemno postanowiłem kupić ich nową płytę "Źródło". 

 Zanim przejdę do bezpośredniego opisu moich wrażeń dotyczących płyty, słowo o samym zespole. W jego składzie znajdują się muzycy o ugruntowanej renomie, m.in. Robert Friedrich "Litza" i Robert Drężek (Luxtorpeda), Dariusz Malejonek "Maleo" czy Tomasz Budzyński, ale także tacy, o których nie jest głośno na co dzień. Teksty piosenek są oparte w zdecydowanej większości na Biblii i to chyba chrześcijańskie przesłanie jest tym, co spaja ich kolejne płyty; ponieważ ich gatunku muzycznego nie da się jednoznacznie zdefiniować: grają od heavy metalu przez rock, reggae aż po muzykę folkową.

 "Źródło" zdecydowanie jest płytą, gdzie proporcje pomiędzy tymi wszystkimi gatunkami zostały dobrane idealnie. Album posiada swój niepowtarzalny klimat i atmosferę, a zarazem każda kompozycja brzmi inaczej, dzięki czemu nie mamy wrażenia maglowania bez przerwy tych samych utartych schematów. W mojej ocenie właśnie ten niezwykły nastrój - mieszanka niepokoju, tajemnicy, wiary i zawierzenia Bogu - czyni "Źródło" pozycją wyjątkową. Dwanaście piosenek zaśpiewanych w czterech językach razem tworzy spójną całość; momenty bardziej energiczne zgrabnie są przeplatane z tymi spokojniejszymi i ani przez chwilę nie odnoszę wrażenia, że coś znajduje się na nie swoim miejscu.

 Album rozpoczyna utwór "Haraqia", który w mojej ocenie jest absolutną perłą. W nim chyba zawiera  się cały geniusz 2Tm 2, 3; fantastyczna część instrumentalna, nieziemski wokal Angeliki Korszyńskiej-Górny i sama struktura piosenki; szczerze przyznam, że nie wiedziałem zbytnio czego się spodziewać nabywając płytę, ale już w zasadzie pierwsze takty "Haraqui" upewniły mnie, że to była bardzo dobra decyzja.

 Kolejne piosenki tylko ugruntowały moje przekonanie. "Nikt nie może dwom panom służyć" i "Eli Eli Lamma Sabahtani" to świetne kompozycje, szczególnie pod względem warstwy tekstowej.

 "Jestem jak robak, robak a nie człowiek; szydzą ze mnie ludzie, zaufałem Tobie; czemuś mnie opuścił, nie odpowiadasz, a ja wołam cały dzień, krzyczę całą noc, a Ty nie słyszysz mnie"



 Następne kompozycje mają ciut lżejszy charakter; "Duszu Swoju" przywodzi mi na myśl pieśni pasterskie, a piosenka tytułowa to ciekawa ballada o niezbyt skomplikowanym tekście, ale konkretnym przesłaniu. Dopiero następny utwór pt. "Po drugiej stronie rzeki' nie przypadł mi do gustu; w mojej ocenie jest to jeden z naprawdę niewielu (jeśli nie jedyny) słaby moment tego albumu.

 Punktem kulminacyjnym "Źródła" jest "Lamentacja". Ten ponad dziewięciominutowy utwór, oparty praktycznie na jednej muzycznej strukturze zawiera w sobie niezwykły niepokój i na przekór swojej prostej budowie sprawia bardzo monumentalne wrażenie. W dodatku bardzo mocny wydźwięk nadaje mu tekst; "Bóg mnie zaprowadził w ciemności..." - to nie jest psalm wyśpiewywany na cześć Pana, ale lamentacja i modlitwa człowieka zniszczonego i zranionego z prawdziwego zdarzenia.



 Miłośnikom reggae najbardziej do gustu przypadnie piosenka "Szukałem miłości". Choć sam nie jestem wielkim fanem tego gatunku muzyki, to jednak tekst z Pieśni nad Pieśniami (która jest jedna z moich ulubionych biblijnych ksiąg, zaraz obok Koheleta i Hioba) okazał się całkiem przyzwoitym poprawiaczem nastroju po oszałamiając mocnej "Lamentacji".

 Sama końcówka płyty to przedziwne zestawienie trzech utworów: "Szema Izrael" to dosadne wezwanie do kochania Boga, wysławiania Jego dzieł, ale także miłości bliźniego, "Hymn", śpiewany po węgiersku, brzmi bardzo delikatnie i ulotnie, natomiast "22" to energiczne zakończenie albumu. Ostatnie dwa wersy doskonale oddają przesłanie nie tylko płyty, ale także całej twórczości 2Tm 2, 3: "Będę głosił chwałę Twą; Głosił zawsze dniem i nocą".

 Podsumowując, uważam, że jest to bardzo dobry album. Być może nie wybitny, ale na pewno bardzo dobry pod względem muzycznym, a z chrześcijańskiego punktu widzenia przedstawiający w inny, niekoniecznie uproszczony, ale na pewno bardziej przystępny, sposób znane biblijne fragmenty. Są na nim momenty genialne, momenty bardzo poruszające serce, których nie wahałbym się użyć jako osobistej modlitwy. Są też momenty nieco słabsze (jak właśnie "Po drugiej stronie rzeki"), ale wziąwszy pod uwagę całokształt przede wszystkim charakteru zespołu, to sposób, w jaki wprowadzili oni elementy orientalne, wschodnie, hebrajskie i bałkańskie jest naprawdę godny podziwu.

Moja ocena: 8,5/10
 
Read more

piątek, 10 kwietnia 2015

Męstwo i wrażliwość

2 komentarze

 Nie lubię sytuacji, kiedy o rzeczach ważnych mówi się zawile. Gdybym miał wskazać największą wadę  jakiejkolwiek nauki (filozofii, teologii, genetyki czy każdej innej), to byłaby to właśnie ta niemożność wytłumaczenia kluczowych jej zagadnień w sposób jasny i klarowny. Sam borykam się z tym problemem, bo często nie jestem w stanie przedstawić swoich myśli swojemu rozmówcy na tyle dosadnie, żeby nie pozostawić wątpliwości. Muszę uciekać się do porównań, analogii i metafor, które cenię tylko jako środki prowadzące do zwiększenia walorów estetycznych mojej lichej twórczości. Równie dobrze mógłbym wyrazić główne przesłanie każdego tekstu w trzech-czterech zdaniach, ale odnoszę nieomylne wrażenie, że byłoby to nudne; i dla Ciebie, pragnącego odnaleźć coś, co zmusiłoby Cię do głębszej refleksji, i dla mnie, aspirującego autora, który pragnie poruszyć i dotknąć do żywego swojego czytelnika. Nie znoszę sztuki dla sztuki i przerostu formy nad treścią; owszem zdarza mi się popełnić teksty niemal całkowicie wypełnione pięknymi epitetami, porównaniami, wzniosłymi treściami i emocjami, ale nawet w nich (np. tu, tu oraz tu) staram się, żeby moje refleksje nie miały charakteru wyłącznie osobistego. Wtedy cały mój blog stałby się publiczną kopią mojego pamiętnika, czego raczej sobie nie życzę.

 Dziś jednak zdecydowałem się na trochę inną formę. Będzie to swego rodzaju eksperyment. Postawię przed sobą i przed Tobą jedno pytanie. Pytanie jasne, klarowne i obiektywne. Dotyczące otaczającego Cię świata. Zaproponuję Ci odpowiedź. Nie musisz się z nią zgodzić. Będę wręcz zachwycony, jeżeli wdasz się ze mną w polemikę, skrytykujesz moją odpowiedź lub zaproponujesz inne rozwiązanie problemu. 

 Będzie to taki trochę nasz dialog.

 Zatem jak brzmi pytanie?

 W dzisiejszym świecie można zauważyć bardzo radykalne odejście od dawnych wartości. To, co niegdyś uchodziło za święte (nie tylko w znaczeniu religijnym), nietykalne, bezwzględnie właściwe i niepodlegające dyskusji, dzisiaj poddawane jest krytyce. Różnica pomiędzy dobrem a złem jest starannie zacierana. To samo dotyczy prawdy i kłamstwa. Problemy moralne są sprowadzane do kwestii wyboru pomiędzy uciążliwym i niesłużącym niczemu obowiązkiem a przyjemnością, której zaspokojenie będzie wiązało się z osiągnięciem szczęścia. Traktujemy kwestie światopoglądowe bardzo powierzchownie; niejednokrotnie podejmujemy ważne decyzje kierując się jedynie własnym interesem, nie spoglądając na konsekwencje naszych działań w szerszej perspektywie. 

Co jest tego przyczyną?

 W tym miejscu pozostawiam Ci szerokie pole do popisu. Może proces, który zaobserwowałem jest tylko moim wrażeniem i tak naprawdę nic takiego nie ma miejsca? Może tak naprawdę dzisiejsze społeczeństwo znacznie lepiej, niż nam się wydaje, orientuje się w problemach dzisiejszego świata i jego sposoby myślenia wyprzedzają nasze przestarzałe metody opisywania świata? Od Ciebie zależy także ocena tego zjawiska. Czy można kogokolwiek obarczać winą za to, że jego decyzje stoją w wyraźnej sprzeczności z obowiązującą moralnością? Czy winą (co do której tak naprawdę też nie mamy pewności) za obecny stan rzeczy należy obciążyć sumienie każdego z osobna, czy jest to po prostu nieuniknione następstwo czasów, w których żyjemy? Ja ci na te wszystkie pytania nie udzielę odpowiedzi. Nie mam żadnego prawa decydować za Ciebie; moim skromnym pragnieniem jest jedynie naświetlić Ci pewną sprawę, która mnie osobiście niepokoi i pokazać wnioski, do których dotarłem. Nic więcej. Nie rezerwuję sobie prawa do prawdy. 

 Jakie więc są moje wnioski? Co w moich oczach decyduje o takim, a nie innym stanie rzeczy? W pierwszej kolejności muszę przedstawić Ci dwa pojęcia, w których zawarłem swoje rozwiązanie. Jak pewnie się domyślasz, są to tytułowe męstwo i wrażliwość. Nie można jednak traktować ich dosłownie, w ich oryginalnym znaczeniu. Szukałem dwóch skrajnych pojęć (wartości), które w połączeniu oddawałaby istotę człowieczeństwa. Takich, które swoją definicją nie tylko wskazywałyby na dwa kluczowe pierwiastki naszej natury, ale także prezentowałyby całokształt konsekwencji (pozytywnych i negatywnych) z nich wynikających.

 Przez męstwo rozumiem od zawsze obecną w człowieku odwagę, umiejętność przezwyciężenia własnego lęku, gotowość do oddania życia w imię miłości lub idei, zamiłowanie do ryzyka. Ale także pogardę, agresję i brutalność. Wszystko to, co wiąże się w jakiś sposób z realnym światem i z tym, co cielesne.

 Przez wrażliwość rozumiem współczucie, miłosierdzie, wzniesienie się ponad płytki egoizm i zrozumienie drugiego człowieka, dostrzeganie zła i cierpienia, a także poświęcenie. Jednakże kryje się w tym również niepokój, samotność, poczucie niezrozumienia. Wszystko to, co wiąże się w jakiś sposób z światem naszych uczuć i z tym, co duchowe.

 Rozwiązanie tego problemu jest w mojej ocenie bardzo proste. Nasze czasy wypaczyły i źle zrozumiały oba te pierwiastki obecne w naszej naturze. Męstwo przerodziło się albo w tępą siłę, ślepą i irracjonalną, niosącą za sobą tylko zniszczenie, albo w tchórzostwo, szaleńcze umiłowanie dóbr doczesnych, ograniczenie własnego punktu widzenia do świata materialnego i brak odwagi by sięgnąć myślą dalej. Wrażliwość przemieniła się albo w spłycone i rozumiane tylko przez pryzmat odczuwanych przyjemności zamiłowanie do egoistycznego zaspokajania własnych potrzeb życiowych (najdobitniejszy przykład to pożądanie, które w naszych czasach zdecydowanie zbyt często jest mylone z miłością), albo w użalanie się nad sobą, nad własnym losem i niekończące się rozpaczanie. Źle pojęte męstwo daje złudne poczucie siły i potęgi, sprawia, że wpadamy w pychę, tkwimy w błędnym poczuciu, że sami jesteśmy w stanie zapanować nad własnym życiem i że nie potrzebujemy tego drugiego człowieka. W mojej ocenie jednak dużo gorsze konsekwencje niesie ze sobą niewłaściwe zrozumienie wrażliwości. To właśnie przez to ludzie odbierają sobie życie, wpadają w nałogi, tracą sens życia. Kiedy gubi się z oczu konsekwencje własnych czynów, nieodmiennie towarzyszy temu ryzyko szaleńczego wykorzystywania życia. W końcu, jeżeli tak naprawdę jedyną wartością jest życie i nie mamy nic oprócz życia, to dlaczego się nie bawić?

 Często też proporcje między tymi dwoma czynnikami są w nas zachwiane lub jedno nie idzie w parze z drugim. Sam jestem tego najlepszym dowodem, bo mojemu dość skromnemu męstwu towarzyszy przesadna wrażliwość, cechująca się między innymi analizowaniem własnych egzystencjalnych problemów lub nieustannym poszukiwaniem sensu życia.

 Bardzo żarliwie pragnę, żeby wydźwięk tego tekstu nie był pesymistyczny. Jednakże szukając jakiegoś innego sposobu zinterpretowania wyżej przedstawionej sytuacji, znalazłem tylko jedno wyjście, które niesie ze sobą nadzieję. Mianowicie te fałszywe pojmowanie męstwa i wrażliwości, kroczenie złymi ścieżkami i patrzenie na świat tylko przez pryzmat dóbr materialnych to nic innego, jak krzyk wołającego na pustyni. 

 Oni nie chcą być źli.
 Oni są zagubieni.

Read more

sobota, 4 kwietnia 2015

Co mi dała wiara?

0 komentarze
"I have found my way to fly free from the constraints of time
I have soared through the sky seen life far below in mind
Breathed in truth, love, serene, sailed on oceans of belief
Searched and found life inside, we're not just a moment in time..."


 Co mi dała wiara? Na pierwszy rzut oka, nic. W każdym razie nic namacalnego. Czy wiary można dotknąć? Czy wiarę można zbadać, zmierzyć, obliczyć? Sfotografować, wywabić za pomocą chemicznych odczynników, przepuścić przez pryzmat? Czy wiara i jej wpływ mogą zostać naukowo przeanalizowane? Czy da się jakoś zweryfikować świadectwa ludzi, którzy głoszą swoją wiarę? A może jest ona tylko luźną zbitką różnych emocji, lęków, egzystencjalnych wątpliwości? Remedium na wszelkie emocjonalne problemy? Odpowiedzią wyprzedzającą pytanie, które wszyscy boimy się zadać? Jedni dochodzili do wiary poprzez sceptycyzm i zwątpienie (Kartezjusz, Kierkegaard), inni przez prawdopodobieństwo (Pascal) lub rozpacz, a jeszcze inni poprzez mistyczne doznania (niezliczona ilość świętych). Dla mnie jedno jest pewne: wiara, ponad wszelką wątpliwość, jest kwestią indywidualną!

  Wbrew pozorom, to bardzo ważne. Przez cały ten czas, gdy rozpatrywałem wiarę, jako kwestię podporządkowania się, a nie wyboru, tkwiłem w pułapce niewoli.

  Bezdyskusyjnie pierwszą i kluczową rzeczą, jaką zawdzięczam wierze, jest sens. Nie tylko sens cierpienia, szczególnie podkreślany w czasie Triduum Paschalnego, ale przede wszystkim sens dziejów i świata. Może brzmieć to bardzo skomplikowanie, ale w zasadzie chodzi o to, że wytłumaczenie tego, że żyję, przez szereg zdarzeń, takiego, a nie innego ułożenia atomów, przebiegu procesów fizycznych oraz założenie absolutnej bezsensowności mojego istnienia w wymiarze wieczności nie zadowalało mnie i nie dawało mi spokoju. Szukałem czegoś więcej. Szukałem harmonii. Nie bałem się śmierci, ale obawiałem się, że żyję nadaremno. Że nie będzie wieczności. Z chwilą odkrycia Boga wszystko trafiło na swoje miejsce. Tu nie było żadnego uproszczenia. Tu było perfekcyjne dopasowanie. 

  Bóg nie wyjaśnił mi wszystkiego. To nie było tak, że Bóg zszedł do ciemnej jaskini, w której siedziałem i od razu wyprowadził mnie na zewnątrz, gdzie oślepił mnie nieziemski blask. On wiedział, że to by mnie zabiło. Póki co wciąż tkwię w jaskini, ale już nie w ciemnościach. Siedzę przy ognisku, którego jasny płomień pozwala mi dostrzegać coraz więcej.

 Wiara dała podstawę i uzasadnienie mojej moralności. To właśnie dzięki niej odkryłem całkowicie jej nowy aspekt: miłosierdzie. Wcześniej nie do końca widziałem cel dobrego postępowania; nie starczało mi banalne uzasadnienie "bo tak trzeba". Równie naiwne zdawało mi się tłumaczenie ludzkich uczynków na zasadzie "jak będziesz dobry to pójdziesz do nieba, jak będziesz zły, do piekła". Dopiero wiara (a później także filozofia) uzmysłowiła mi, że dobro jest pojęciem szerszym, niż może wydawać się na pierwszy rzut oka. Nie inaczej jest złem; dzięki wierze zyskałem całkowicie nowy punkt widzenia w kwestiach etycznych. Teraz wiem, że moje dążenie do własnej doskonałości i cudzego szczęścia, jest o niebo lepsze niż dążenie do cudzej doskonałości i własnego szczęścia.

 Dzięki wierze wreszcie odnalazłem głębię, za którą niewypowiedzianie tęskniłem. Przyznam, że nie należę do wielkich entuzjastów naszego świata i naszej rzeczywistości. Jako idealista ledwie toleruję fakt tego, że nie mam innego wyjścia i muszę żyć wedle takich reguł, jakie narzuca mi świat. Gdybym nie odkrył Boga, prawdopodobnie miotałbym się bez końca, został rewolucjonistą, anarchistą albo innym -istą i próbował na siłę zmienić świat. Dziś wiem, że to wszystko to tylko okres przejściowy. Że tak naprawdę nikt nie będzie mnie rozliczał z tego, co zrobiłem dla świata, ale z tego, co zrobiłem dla drugiego człowieka.

 Wiąże się tym kolejna ważna rzecz, czyli całkowite wywrócenie do góry nogami mojej hierarchii wartości. W zasadzie tylko wolność, której pełne zrozumienie umożliwiła mi właśnie wiara, pozostała na swoim miejscu. Miłość, przebaczenie, zrozumienie bliźniego, pogarda dla dóbr materialnych, brak lęku przed śmiercią - to wszystko doszło do głosu, a gdy zacząłem wsłuchiwać się w to, co każda z tych wartości niosła ze sobą, zrozumiałem, że wreszcie znalazłem się na dobrej ścieżce.

 Aż wreszcie nie należy zapominać, że odkryłem i otworzyłem się na drugiego człowieka. Zobaczyłem dobro nie jako jakąś nierzeczywistą i odległą ideę, ale jako coś łatwo dostrzegalnego w ludzkim działaniu (całkiem dobrze jest to opisane tu). Drugi człowiek przestał być mi wrogiem, a stał się kimś bliskim, kimś dzielącym moje marzenia, pragnienia, wątpliwości. Tam, gdzie spodziewałem się zastać pustkę, bezwartościowy bezkrytycyzm i drwinę, znalazłem perłę, która opromieniła mnie swoim blaskiem. To odkrycie głębi w drugim człowieku - kimś, kogo mam przecież na wyciągnięcie ręki - zapewniło mi niezwykły spokój ducha.

 Słowa piosenki, którą przytoczyłem na początku nie kłamią; rzeczywiście odnalazłem swój sposób by wznieść się ponad ograniczenia, jakie starał narzucić mi się czas; szybowałem wysoko widząc, że ziemskie życie nie jest wszystkim; wreszcie oddychałem w prawdzie, miłości, spokoju, żeglując po oceanie wiary; na koniec uzmysłowiłem sobie, że tak naprawdę nie jestem tylko chwilą w czasie.

 Przeżyłem coś, czego sam nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Odbyłem niewyobrażalną podróż: zaczynając od poczucia osamotnienia, bezsensu, pustki i wszechogarniającej klęski, dotarłem do miejsca, gdzie Bóg wskazuje mi horyzont, uśmiecha się i mówi: tam dotrzemy.

 Alleluja!





Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009