"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

sobota, 25 czerwca 2016

Gdzie kończy się wiara, a zaczyna świadectwo

0 komentarze


Augsburg, środek czerwca 2016

Z dedykacją dla Ł.M. i A.Q.

  Powoli nadchodzi wieczór i z wolna zapada zmrok. Nieśpiesznie, leniwie, subtelnie. Z wyczuciem, tak by nas nie zniechęcić. Jeszcze nie jest chłodno, ale z całą pewnością już nie jest ciepło. Siedzimy w trójkę na jednym z głównych placów Augsburga i kończymy pałaszować nasze kebaby, jednocześnie prowadząc interesującą, choć miejscami dość dołującą, dyskusję. Wokół nas przemykają mniej lub bardziej szemrane persony, tajemniczo ukrywając swe zamiary, natomiast z pobliskich barów dochodzą dźwięki charakterystyczne dla kibicowania – to wielu autochtonów zagranicznego pochodzenia wspiera reprezentację Turcji w ich drugim meczu na Euro 2016. Wśród tej mozaiki słów, odgłosów, obrazów, myśli z pewnym trudem wyłapuję pewną całość, pewną ideę, opisującą rzeczywistość, w której się znalazłem. Zamykam oczy, biorę głębszy oddech, spoglądam na towarzyszący mi duet… i z każdą sekundą zaczynam ich rozumieć coraz bardziej.

*  *  *
  Każdy chrześcijanin mniej więcej wie, o co chodzi ze słowem świadectwo. Każdy oazowicz tym bardziej. W końcu nie bez powodu Czcigodny Sługa Boży Franciszek Blachnicki umieścił je w „10 krokach ku dojrzałości chrześcijańskiej” czyli swoistym dekalogu Ruchu Światło-Życie. Świadectwo. „Trzeba iść i dawać świadectwo!”. „Świadectwo jest warunkiem prawdziwie chrześcijańskiego życia!”, „Tylko świadectwem możemy potwierdzić swoją wiarę!” i tak dalej i tak dalej, takich zdań usłyszeć i przeczytać można całe mnóstwo w wielu chrześcijańskich środowiskach. Wszystko to brzmi bardzo dumnie i pięknie, lecz tam wtedy w Augsburgu zrozumiałem, że to wcale nie o to chodzi.

 Bo można biegać po ulicach, udzielać się, muzykować i śpiewać, jednym słowem: ewangelizować – ale to wszystko ma niewiele wspólnego z prawdziwym dawaniem świadectwa. I może teza, którą teraz postawię zabrzmi kontrowersyjnie, ale moim zdaniem trzeba to powiedzieć jasno. Poprzez wszystkie powyżej wymienione czynności ludzie wybierający je ewangelizują SIEBIE, nie INNYCH. Ewangelizują siebie, bo to oczywiste, że gdy robisz coś dużą grupą, z poczuciem misji i przekonaniem o słuszności twojej racji, nikt nie wyprowadzi Cię z błędu; siła i wpływ grupy w takich sytuacjach są nieocenione. A co do innych to można zwrócić w ten sposób na siebie uwagę, jednak ta reszta, ten ogół, ten „target”, do którego mają oni zamiar dotrzeć z przekazem – on rozpatruje ich działalność w kategoriach osobliwości, dziwadła. To go nie przekona. 

 Żeby prawdziwie ewangelizować i dawać świadectwo, potrzeba czegoś innego. W pierwszej kolejności: próby, doświadczenia, kryzysu. Ten, kto wyrusza na wojnę nie myśląc o śmierci jest głupcem lub szaleńcem. Ten, kto wyrusza w góry bez odpowiedniego sprzętu i analizy niebezpieczeństwa jest głupcem lub szaleńcem. Ten, kto wyrusza dzielić się wiarą samemu wpierw się w niej nie zakorzeniwszy i bez doświadczenia ciężkich chwil jest… nieprzekonujący i naiwny w swym przekazie. Wtedy to zrozumiałem. Gdy opowiadali mi oni o tym, jak ciężko jest tam, w Bawarii – najbardziej katolickim landzie Niemiec być katolikiem, wtedy uświadomiłem sobie, że cały ich trud i wysiłek MUSI przynieść owoce. I że komuś takiemu, po doświadczeniach, po trudnościach, po walce, znacznie prędzej uwierzy agnostyk/ateista, niż bezmyślnie radośnie galopującym tabunom ignoranckiej młodzieży zachłyśniętej wiarą. Bo doświadczenie kryzysu uczy. Uczy wytrwałości, nadaje słowom przemawiającego ten specyficzny wydźwięk, tak przekonujący i prawdziwy. To już nie jest świergot przepojonego świętym uniesieniem nastolatka. To słowa, historia człowieka, który przez coś przeszedł, którego wiarą coś wstrząsnęło, który cierpiał. I to przemawia do wyobraźni, do duszy. Ujmuje i zjednuje ludzi. Bo nie muszą się z nami zgadzać i nie muszą wierzyć w to, w co wierzymy my. Ale muszą widzieć, że jesteśmy w swojej wierze szczerzy i nie udajemy.

  Ja, gdybym był niewierzący, pewnie kierowałbym się takim tokiem myślenia.

 Co ponadto? Świadectwo daje się w codzienności, nie jedynie przy nadarzającej się okazji. Małymi gestami, nie spektakularnymi popisami. Zbiór małych gestów przekonuje znacznie bardziej niż jeden zryw. Życzliwość, uprzejmość, szacunek, wytrwałość i cierpliwość przekonują znacznie bardziej niż płomienne przemowy, strzeliste modły na pokaz i faryzejskie wytykanie grzeszności. Bycie Chrześcijaninem przekonuje znacznie bardziej niż Pozowanie i zarozumiałe Unoszenie się własnym chrześcijaństwem. To bardzo często mnie razi. Jesteśmy chrześcijanami, ale mimo wszystko jesteśmy normalni i próbujemy to udowodnić za wszelką cenę... A może nie warto? Może po prostu Bycie Chrześcijaninem jest normalne i tyle, i niczego nie trzeba udowadniać, nie trzeba robić wbrew sobie?

* * *
 
 Taka myśl się zrodziła we mnie tam wtedy w Augsburgu. Niby ta nauka prosta i oczywista, jednak dla mnie mimo wszystko cenna. Nie nawróciłem się tam wtedy po raz drugi, ale zrozumiałem kilka mechanizmów życia duchowego i uświadomiłem sobie, że liczy się całokształt Wiary, a nie pojedyncze ewangelizacyjne wyskoki.
Read more

wtorek, 7 czerwca 2016

Prawdziwe oblicze hejtu

0 komentarze

 Zanim zaczniesz czytać ten tekst, poświęć chwilę na uświadomienie sobie tego, jak jest beznadziejny i żałosny, niemal równie beznadziejny i żałosny jak jego autor. Dzięki!

* * *

 Istnieje cała masa pojęć, które ideologowie dziennikarze, politycy i spece od marketingu próbowali - i nadal próbują wprowadzić do tego, co powszechnie nazywa się "językiem debaty publicznej" albo "dyskursem społecznym". Kaczyzm, lewactwo, czy tytułowy hejt stanowią tego doskonałe przykłady; są to pojęcia tak bardzo szerokie, że aż puste. Można pod nie podciągnąć pod nie praktycznie wszystko z racji ich słabej definiowalności i oddziałać poprzez nie na oponenta w dyskusji na polu emocji. Zwolnienie dziennikarza z telewizji - kaczyzm! Popieranie legalizacji małżeństw dla osób homoseksualnych - lewactwo! Krytyczna opinia na temat czyjejś twórczości.... - hejt!

  Czym więc tak naprawdę jest hejt? Spójrzmy na to od strony praktycznej. Hejt jest trickiem, sztuczką, strategią obronną, po którą sięgają twórcy i opiniotwórcy, kiedy natykają się na nieprzyjemne dla siebie słowa krytyki, przeważnie w mediach społecznościowych. Hejt wbrew swojej pozornej toporności i braku wyrafinowania jest w tej swojej prostocie genialny - posługując się nim można sprowadzić całą krytykę, wszystkie argumenty przeciwników i trud włożony przez nich w ich przedstawienie do irracjonalnego obrażania, wyzywania i nienawiści. Chyba nigdy w historii szeroko pojęci przedstawiciele świata mediów, kultury i sztuki nie dysponowali równie potężną bronią. Drobną krytykę zawsze można zignorować. Ale jak dać odpór zmasowanemu atakowi na to, co się stworzyło/powiedziało? Dziś wystarczy nazwać to wszystko hejtem i nie tylko obronić w ten sposób własne stanowisko, ale jeszcze zrobić z siebie ofiarę i pogrążyć oponentów w dyskusji.

 Genialne, nieprawdaż?

 Oczywiście ironizuję, jednak sprawa naprawdę jest poważna. Bo jakie są prawdziwe zamiary tych, których wymyślili i wprowadzili to pojęcie do powszechnego użytku i aktualnie promują jego użycie przy każdej nadarzającej się okazji? Odpowiedź jest prosta i napawa grozą. W tym wszystkim chodzi o stopniowe i starannie zakamuflowane odbieranie wolności, w tym konkretnym wypadku: wolności słowa. Czymże są te wszystkie przepisy i regulacje dotyczące tzw. "mowy nienawiści", jeżeli nie przykrywką? Kiedy człowiek zakazuje czegoś drugiemu człowiekowi uciekając się do instytucji państwa i prawa, jasnym staje się, że sytuacja jest niebezpieczna. Zawsze przecież można poszerzyć te przepisy, czyż nie? Wprowadzić poprawki, zmodyfikować... i nim się obejrzymy, za opowiedzenie kawału naśmiewającego się z kogoś lub czegoś będziemy lądowali w więzieniach. 
  
 Nie twierdzę, że z całą pewnością tak będzie, ale myślę, że wziąwszy pod uwagę absurdalność naszych czasów, warto mieć to smutne proroctwo na uwadze.

 Ponadto pośrednim efektem tego promowania hejtu będzie spadek jakości wytworów kultury i sztuki. No bo jak tu odnaleźć i wyróżnić naprawdę wybitne dzieło, skoro wszystkie (w obawie przed oskarżeniem o hejt) staną się nagle dobre i piękne? I jak tu sprawić, by początkujący twórcy nauczyli się wyciągać naukę z popełnionych błędów, skoro samo ich wytykanie będzie niezaprzeczalnym przejawem hejtu? I co z relacjami twórca-odbiorcy? Czy twórca i jego fani tworzyć będą jedno wielkie towarzystwo wzajemnej adoracji, nie pozostawiając tym samym miejsca na krytykę, komentarze, refleksje?

  Mając do wyboru chronienie twórców i opiniotwórców przed niepożądanymi konsekwencjami ich wypowiedzi, działań i zachowań lub otoczenie opieką wolności wypowiedzi i prawa do krytyki, bez zawahania wybieram to drugie. 

 I proszę, nie mówcie mi, że jest różnica pomiędzy hejtem a konstruktywną krytyką. W teorii może jest. W praktyce jednak wychodzi na to, że oskarżony z morza konstruktywnych argumentów wyciąga kilka najbardziej obraźliwych i najmniej treściwych, w efekcie czego reszta ląduje w tej samej kategorii.

 Chcę być złym prorokiem, ponieważ hejt w swojej istocie i konstrukcji bardzo mi przypomina orwellowską myślozbrodnię. Oby, naprawdę oby, się w nią nie przerodził.









Read more

środa, 1 czerwca 2016

Co się kryje w ludzich spojrzeniach? (cz.2)

0 komentarze

Night was very bright, night was very warm
Dry were leaves and soil, no sign of storm
Drowning in the crowd, suddenly I gazed deep into your eyes
And now I feel alive
...

Część 1 
*  *  *

 Inne miejsce, inna rzeczywistość.

 Wychodziłem właśnie z kina z dość słabego zagranicznego filmu reklamowanego wszem i wobec jako hit, który trzeba zobaczyć. Zwykle tego typu rekomendacje starczały mi aż nadto, bym omijał takie produkcje szerokim łukiem, jednak tym razem złamałem regułę (w końcu po cóż są reguły, jak nie po to by je łamać?) i skusiłem się na dwugodzinny seans obfitujący w słabe dialogi, mdłe i naiwne próby oddania relacji między głównymi bohaterami, przesadną zabawę efektami specjalnymi i tanimi chwytami mającymi, o ironio, chwytać za serce. Cóż, mój błąd, tak też się w życiu zdarza. Trzeba zacisnąć zęby i wyciągnąć z takich tragicznych doświadczeń wnioski na przyszłość.

  Zresztą, to nie sam film w tym wypadku był problemem. Gorzej, że ta lipna i naprędce sklecona fabuła, z nieodzownym wyświechtanym happy endem, robiła takie wrażenie na ludziach. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak małżeństwa z niewielkim i średnim stażem opuszczały salę kinową wzruszone, przejęte historią nieszczęśliwie szczęśliwej miłości (klasyk: przeciwności losu nie są w stanie powstrzymać potęgi uczucia... skąd ja to znam?), czasem nawet zalane łzami. Odnosiłem przykre wrażenie, jakobym nagle stał się niewrażliwym i zgorzkniałym starcem nie potrafiącym dać się ponieść emocjom, nieskłonnym do romantycznych uniesień i szczerych wyznań. To było głupie. Byłem jedynym, który nie dał się wpuścić w beznadziejnie banalną pułapkę reżysera i scenarzystów, a sumienie wyrzucało mi bezduszność. To było bardzo nie w porządku.

 Jakaś część mnie pragnęła wykrzyczeć całe to niezrozumienie i złość na tych wszystkich ludzi, na ich naiwność i bezmyślność, na ten przeklęty instynkt stada. Poważnie? Czy to naprawdę tak trudno przełamać wewnętrzny opór i przez moment spojrzeć z dystansu?

 - Dla niektórych na pewno trudno - odpowiedziała na moje niewypowiedziane na głos pytanie dziewczyna opuszczająca salę jako ostatnia, odczekawszy prawie do końca napisów końcowych. - Ostatecznie wszyscy boimy się reakcji innych, a w wielu sytuacjach wybieramy mniej ryzykowny wariant zachowania wcale nie dlatego, że jesteśmy tchórzami i boimy się ryzyka, tylko dlatego, że taki wybór nie grozi nieprzyjemnymi komentarzami ze strony ludzi, na których nam zależy.

  Nie zastanawiałem się, jak udało się jej rozgryźć dręczące mnie myśli. Dostrzegłem w jej spojrzeniu ten przecudowny blask zrozumienia, który każe przestać pytać i wątpić, a nakazuje zaufać. Zaufałem więc. Bez namysłu zaprosiłem ją na kolejny seans, tym razem upewniwszy się wpierw, że to, co przyjdzie nam oglądać nie będzie drogim hollywoodzkim badziewiem.

  Film był niezły. Przed nim i po nim porozmawialiśmy nie więcej niż dziesięć minut o rzeczach mało ważnych, ale zawsze stanowiących przyzwoity temat do pogawędki. Nie przedstawiliśmy się sobie. Nie przegadaliśmy tego filmu. Nie opowiedzieliśmy o własnych wrażeniach i przemyśleniach.

  Nawet nie odprowadziłem jej z powrotem do domu. Wyrwała mi się, puściła do mnie oko, pomachała na pożegnanie i zniknęła w dogasającym majowym wieczorze. Nie było sensu jej gonić.

  Dziś, pozostało mi tylko wspomnienie tamtego dnia, tego filmu i jej śmiałego spojrzenia, trochę bezczelnego, trochę pytającego, trochę sondującego, trochę świdrującego. I jej uśmiechu, jednego z piękniejszych, jakie dane mi było kiedykolwiek widzieć.

  Ale uśmiechy to już temat na kompletnie inną historię...

 C.D.N.
Read more

Co się kryje w ludzkich spojrzeniach? (cz.1)

0 komentarze

We could’ve missed another day
Not knowing how to talk
Where to go
We could’ve missed another night
Only... For what?


* * *


 Różne rzeczy widywałem w oczach różnych ludzi. 

 Czasem chwytając ich zalęknione lub znużone spojrzenia, robiło mi się ich zwyczajnie po ludzku żal. Wydawali mi się tak bezbronni, tak zdominowani przez ciężar codziennych trosk i problemów, że nie potrafili wyjść myślą poza nie, skupić się na innych, nawet całkiem radosnych, aspektach życia. Trochę przywodzili mi na myśl wiecznych żałobników kroczących w bezgłośnej procesji - na zawsze otulonych aurą smutku i przygnębienia, czerpiących masochistyczną przyjemność z cierpienia.

 Czasem starczało jedno spojrzenie, aby mój dzień z katastrofalnego przemieniał się w dość przyjemny. Tak w życiu bywa, nawet ciężko mi wytłumaczyć ten fenomen. Niewyspany, zły na świat i na ludzi, rozdrażniony koniecznością zajmowania się błahymi sprawami, dyszący niesłuszną pogardą pod adresem wszystkiego i wszystkich niespodziewanie natrafiałem na kogoś (nie skłamię, jeżeli przyznam, że w większości przypadków były to kobiety), kto w oczach miał coś takiego - cholera, nie wiem - jakąś taką naturalność, szczerość, niezachwianą pewność tego, że będzie dobrze, nadzieję i niezrozumiałą dla mnie w pierwszej chwili życzliwość. I ten ktoś taki obdarowywał mnie tym spojrzeniem, czasami dodawał do tego słowa, niekoniecznie pełne polotu i finezji. I to, ku mojemu autentycznemu zdziwieniu, działało! 

 To był jeden z tych dni, gdy takiego spojrzenia potrzebowałem nawet bardziej niż kawy.

 Pokłóciłem się o błahostki z kilkoma kumplami, wściekły przedwcześnie opuściłem knajpę, w której umówiliśmy się na obiad i teraz bez celu błąkałem się po mieście, które znałem ledwie z kilku rozmytych wspomnień, nie aż tak dawnych, ale też nie aż tak bliskich. Nie chciało mi się do nich wracać (zarówno do kumpli, jak i do wspomnień). Oni napełniali mnie dziwnym wstrętem; one - głupią i dziecinną nostalgią za czasami, gdy wszystko było znacznie prostsze: gdy mówienie "Tak - tak, nie - nie" przychodziło mi z nadzwyczajną łatwością. Tak, to były dobre czasy.

 Wyszedłem z wąskiej i, szczerze powiedziawszy, raczej brzydkiej uliczki i znalazłem się na schludnej, zadbanej i przyjemnej dla oka starówce. Wszystko wydawało się do siebie pasować: starannie przemieszane style architektoniczne, dwie fontanny, niewielkie drzewka, kilka drewnianych ławek, okazały budynek ratusza, restauracje i bary - ta dziwna, choć raczej typowa dla Polski, mieszanka w samym centrum miasta trochę złagodziła mój pierwszy gniew. Ciężko było się nie uśmiechnąć widząc kilkuletnie dziecko próbujące naciągnąć rodziców na kupno taniego chińskiego gadżetu, który wiele nie przetrzyma i za góra dwa tygodnie się rozleci albo widząc starszego pana spacerującego wraz z żoną, wesołych i zadowolonych z życia w blasku wiosennego słońca.

  Pewnie poszedłbym dalej, nie zatrzymując się tam nawet na moment, gdyby nie niespodziewany dźwięk, który dobiegł mnie z naprzeciwka. Zmodyfikowałem swój pierwotny plan. Zatrzymałem się, rozejrzałem się dookoła i wybrałem sobie idealną kryjówkę, skąd mogłem spokojnie obserwować to, co wkrótce zaczęło się dziać. Przysiadłem na strategicznie ukrytej w cieniu ławeczce, uspokoiłem oddech i.... zacząłem słuchać.

  Tak, słuchać. Bo istotnie, było czego słuchać. Dziewczyna, której wcześniej nawet nie zdążyłem się przyjrzeć, wyjęła skrzypce z futerału, przez jakiś czas je stroiła, wciąż średnio usatysfakcjonowana z ich brzmienia, aż wreszcie uznała, że jest w porządku. Schwyciła pewniej smyczek, delikatnie podniosła instrument, wzięła głębszy oddech i... zagrała.

  Zagrała tak subtelnie, tak przeszywająco, tak pięknie, tak wdzięcznie, że w pierwszej chwili odebrało mi mowę. Doskonale zdawałem sobie sprawę z potęgi muzyki; niejeden raz odnajdywałem w niej pocieszenie, ukojenie czy zwyczajną radość - i wydawało mi się, że nic już nie może mnie zaskoczyć. Jednakże to, czego doświadczyłem tamtego popołudnia, nie można nawet porównać ze zwyczajną muzyką, jakiej słuchałem na co dzień. To było żywe. Pełne emocji. Namacalne. Głębokie. Kompletne. Noszące w sobie rys geniuszu.

  Melodia płynęła przez leniwe majowe popołudnie, opowiadając przez kilka minut samymi dźwiękami setki tysięcy, jeśli nie miliony, historii. O miłości, o bólu, o poświęceniu, o radości i o wszystkim innym. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że w tamtej chwili poczułem się całkowicie bezużyteczny zawodowo jako pisarz, ten rzekomy artysta słów. Bo przecież skoro tak cudownie można opowiadać historie bez użycia słów, za pomocą samych dźwięków, to na co komu słowa? Tak wieloznaczne, tak niepewne, tak czasami fałszywe... 

 Dźwięki i melodie nie kłamią.

 Urzeczony niesamowitym talentem młodej skrzypaczki zbliżyłem się do niej, by pogratulować jej fantastycznego występu, ale nie dane mi było wypowiedzieć nawet ułamka komplementu pod jej adresem. Kiedy znalazłem się kilka kroków od niej i spojrzałem w jej oczy, uświadomiłem sobie, że ona wcale tego nie potrzebuje; że ona w głębi duszy doskonale wie, jak cudownie gra. Lecz oprócz tej świadomości było tam coś jeszcze. Przez dłuższą chwilę trudziłem się nad rozszyfrowaniem tego, a gdy w końcu odkryłem, co to było, skapitulowałem już nie tylko przed pięknem jej muzyki, ale również - a może nawet przede wszystkim - przed pięknem jej charakteru.

  W jej spojrzeniu kryła się prawdziwa skromność i pokora. Nie uważała się za wybitną; nie uważała się za wyjątkową; nie uważała się za godną wywyższenia. Taka była jej naturalna postawa względem innych i samej siebie. Żadnej pychy. Żadnej pogardy. Żadnego egoizmu.

 I tym zdobyła moją bezgraniczną sympatię. 

 Na świstku papieru odnalezionym gdzieś w kieszeni naskrobałem pospieszne gratulacje i podziękowania, po raz ostatni spojrzałem w jej niezwykłe, uczciwe i tak prawdziwe, oczy, nieskażone wzgardą i ruszyłem dalej, uczyniwszy pierwszy krok na drodze do odzyskania wewnętrznego spokoju ducha.

C.D.N.
Read more

wtorek, 24 maja 2016

O męskości

0 komentarze

 A., która i tak pewnie będzie twierdzić, że wszyscy mężczyźni to świnie, ale cóż... może ktoś ją kiedyś przekona, czego oczywiście szczerze jej życzę

Wyobraź sobie pewną scenę.

 Idziesz sobie ulicą. Idziesz pewnie, zdecydowanie. Bez lęku. Z odwagą. Nie koncentrujesz się na niczym konkretnym. Nie, po prostu idziesz. Nie boisz się spojrzeć w twarze mijających Cię ludzi, niezależnie od tego, czy jest to grupka dresów czy wyjątkowo piękna kobieta. Nie ma to znaczenia. Nie myślisz o kłopotach. Nie obawiasz się ich. To one powinny obawiać się Ciebie. Jesteś silny. Jesteś wolny. Jesteś odpowiedzialny. Jesteś twardy. Dałeś radę; dałeś radę setki razy, dałeś radę dosłownie przed chwilą, dasz radę w przyszłości, jeżeli zajdzie taka potrzeba (a zajdzie na pewno). Nie zbaczasz z obranej ścieżki, nie dajesz się podpuścić. Kontrolujesz sytuację. Znasz siebie. Znasz swoje mocne strony. Ufasz swojemu rozumowi, swojej sile, swojej inteligencji. Nie panikujesz. Owszem, czasem odczuwasz strach, ale jednocześnie wiesz, że jego obecność dowodzi Twojego rozsądku i wyobraźni. Nie spuszczasz głowy w dół. Nie wpatrujesz się uporczywie w ziemię, dodając sobie w ten sposób mimowolnie otuchy. Masz swoją godność. Masz klasę.

  Oto moja prywatna definicja męskości. Wiadomo, zawsze można dyskutować (co jest z mojej strony mile widziane), niemniej jednak osobiście uważam, że te cechy wymienione przeze mnie powyżej są przynajmniej w pewnym stopniu reprezentatywne i dość klarownie przedstawiają właściwy obraz męskości.

 Kiedy jednak trzeźwo spojrzymy na ogół mężczyzn w dzisiejszym świecie, nie uciekniemy od mało przyjemnej konstatacji, że tak naprawdę niewielu z nich tak na co dzień demonstruje swoją męskość i w wielu z nich te wszystkie wymienione przeze mnie w pierwszym akapicie cechy podległy deformacji, dziwacznemu wynaturzeniu, rzecz jasna ze szkodą dla ich posiadaczy. Szkodą, której może nawet sami nie są świadomi.

 Gdzie szukać przyczyny takiego stanu rzeczy? Moim zdaniem rozmaite odpowiedzi można wymieniać bez końca, lecz w ogólnym rozrachunku wszystkie one sprowadzają się do jednej.

 Zranione (albo źle ukształtowane) poczucie własnej wartości jako mężczyzny. Oto odpowiedź.

 Tylko w filmach akcji mężczyźni są perfekcyjnymi komandosami i kochankami w jednym, w dodatku nigdy nie potrzebującymi niczyjej pomocy. A rzeczywistość jest jaka jest - stawia wymagania. Ciężkie wymagania. Czasami te wymagania przerastają mężczyzn (choć w większości wypadków tak im się tylko wydaje). Czasami nie spełniają oni tylko jednego lub dwóch spośród tych niezliczonych warunków, a ta niemożność ich spełnienia rodzi w nich poczucie winy. Czasami od dzieciństwa są oni wychowywani na słabeuszów i zalęknionych tchórzów, co buduje w ich sercach barierę strachu. Czasami swoje robią kobiety, wyczekujące ideału i szafujące bezmyślnie raniącymi słowami skierowanymi pod adresem każdego nieszczęsnego nieidealnego kandydata, jaki im się nawinie. Czasami to sami mężczyźni przejmują lub wytwarzają w sobie niewłaściwy wzorzec męskości.

 A reszta to tylko i aż konsekwencje. Niewłaściwe traktowanie kobiet, przekraczanie norm moralnych, prawnych, obyczajowych, brak jakiejkolwiek hierarchii wartości, egoizm, zagubienie, niepewność, rozpacz. Również przemoc.

 Tak się zastanawiam, jak zakończyć ten tekst i dochodzę do wniosku, że spróbuję opisać to, co rozumiem przez męskość i to, co tak obszernie wcześniej opisałem jednym zdaniem.

 A zatem: kto to jest prawdziwy mężczyzna?

 Szlachetny wojownik o czystym sercu.

  I, uwierzcie mi, Drodzy Czytelnicy, ktoś taki drzemie w każdym z nas. I czeka na sposobność, aby dojść do głosu. Nie tłumcie go. Pozwólcie, by odzywał się w Was jak najczęściej.

  I pamiętajcie, męskość i męstwo nie przez przypadek są do siebie tak podobne.

 Czymże jest prawdziwa męskość, jeśli nie wymieszanymi w odpowiednich proporcjach klasą i szaleństwem? - Andrzej Sapkowski
Read more

piątek, 13 maja 2016

Wstań, też jesteś człowiekiem!

2 komentarze

  "A kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do nóg i oddał mu pokłon. Piotr podniósł go ze słowami: «Wstań, ja też jestem człowiekiem»" - Dzieje Apostolskie 10, 25-26

  Wyznam Ci, drogi czytelniku lub czytelniczko, że jakoś nigdy nie przepadałem za Św. Piotrem. Pewnie brzmi to głupio w ustach człowieka, który przyznaje się do chrześcijaństwa i gdzieś w swoich tekstach próbuje przemycać wartości nierozłącznie z nim związane, ale cóż, taka jest prawda. Wszystko zapewne przez moją przeintelektualizowaną i przesadnie uduchowioną naturę, do której Ten Prosty Rybak, Ten, Który Się Zaparł, Choć Miał Być Opoką, Ten Który Przestraszył Się Wichru nie potrafił przemówić. Czasem po prostu tak bywa, nie? Dużo lepiej dogadałbym się zapewne ze Św. Pawłem - jego retoryka i styl odpowiadają mi znacznie bardziej.

 Ostatnio jednak po zapoznaniu się z tym fragmentem Dziejów uświadomiłem sobie swój błąd.

 Przeczytałem go, dla lepszego zrozumienia, jeszcze parę razy i przesiedziałem w milczeniu kilka dobrych minut porażony jego wymownością. Opisywał tak dokładnie to, czego tak często mi brakuje! Opisywał dokładnie postawę, do jakiej powinienem dążyć w życiu! Opisywał to, jak powinienem traktować bliźniego! Opisywał... w tak niewielu słowach, tak wiele! Św. Piotr jednym celnym zdaniem mnie znokautował i trzymał mnie w tym stanie oszołomienia przez dłuższą chwilę tak, żebym nie przeszedł nad tym bezrefleksyjnie do porządku dziennego. I zdaje się, że osiągnął to, czego chciał.

 Dlatego też abstrahując od kontekstu tej sceny przedstawionej w Piśmie Świętym i wychodząc daleko poza nią, mam dla Ciebie, drogi czytelniku lub czytelniczko, krótką wiadomość.

 Jeżeli to czytasz, 

 ...a gdzieś w życiu powinęła Ci się noga i grzmotnąłeś z hukiem o ziemię albo któryś już raz z rzędu wstajesz tylko po to, by znowu się wywalić;

...i jesteś przygnieciony tak zwanymi problemami życia codziennego, dokuczają Ci one niepomiernie i nie możesz przez to zaznać spokoju, jeżeli szkoła, praca, rodzina ściągają Cię w dół i nie pozwalają spojrzeć w rozgwieżdżone niebo;

...a w Twoim życiu panuje mrok albo półmrok i boisz się postawić kolejny krok w obawie przed zasadzką, dlatego przylegasz do ziemi i nasłuchujesz z niepokojem;

...i nie jesteś w stanie wytrzymać dłużej i w akcie sprzeciwu kładziesz się na ziemi i twierdzisz, że nigdzie się nie ruszysz;

...i jednocześnie doskonale sobie zdajesz sprawę z tego, jak daleko Ci do doskonałości i jak nieprzeliczone i okropne są Twoje wady, jak mało piękna jesteś i jak mało masz w sobie odwagi;

...i cholernie się czegoś boisz, drżysz, wzrok zachodzi Ci mgłą, a lęk Cię paraliżuje;

...a coś, czemu nie mogłeś zapobiec, coś całkowicie od Ciebie niezależnego, uderzyło Cię z taką siłą, że nie miałeś wyjścia i padłeś na ziemię i teraz się zastanawiasz, czy kiedykolwiek się podniesiesz;

...i czujesz w sobie niechęć do jakiegokolwiek działania, zgorzkniałość pętającą Ci skrzydła, gnuśność i lenistwo zalegające gdzieś na dnie Twojego serca;
  
 ...to mam dla Ciebie propozycję rozwiązania Twoich problemów.

 Wstań! Ja też jestem człowiekiem, tak jak Ty. Inni ludzie tak samo. My wszyscy się użeramy z tym światem, próbując jakoś związać koniec z końcem, odnaleźć sens tego wszystkiego, znieść kolejne ciosy zadawane zdradziecko z ukrycia przez Los i Cierpienie i my wszyscy po części Cię rozumiemy. Wiadomo, nie znamy Twoich problemów do końca i nie rozwiążemy ich jednym magicznym dotknięciem różdżki. Ale przestań się zamartwiać tym, co sobie pomyślimy widząc Twój upadek i Twój pobyt na ziemi.

 Nie przejmuj się, każdy kiedyś zalicza glebę. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile razy zdarzyło mi się to już w życiu! A ile się razy się jeszcze wywalę? Wolę nad tym nawet nie myśleć...

 Wiesz, czym jest człowieczeństwo? Człowieczeństwo jest prawem do upadku. Ty je otrzymałeś, jak każdy z nas. Też jesteś człowiekiem. Lecz teraz nadszedł czas, abyś podniósł głowę, rozejrzał się dookoła, przestał się zamartwiać, otarł twarz z pyłu i błota, wziął głębszy oddech i wstał. Nie, nie będzie łatwo. Ani przyjemnie.

 Obiecuję Ci jednak, że widok tam na górze jest tego wart.


 P.S. A jeżeli akurat masz to szczęście (przyznam, że ja go osobiście nie mam) i Twoje życie upływa beztrosko i radośnie, to pomóż wstać tym, którzy potrzebują Twojej pomocy, ciesz się tym, co masz i wspomnij mój tekst, gdy przyjdzie Twój czas.


Read more

sobota, 30 kwietnia 2016

Nie zmierzam na szczyt, zmierzam przed siebie

0 komentarze

 To nie będzie długi tekst, bo nie ma nawet za bardzo o czym pisać.

 Z tego triku korzystał chyba niemal każdy. W życiu bywa ciężko i pod górkę, bo zmierzamy na szczyt. Po sukces. Po zwycięstwo. Po chwałę. Po zasłużone laury. Musimy okupić ich zdobycie wielkim wysiłkiem, ale z całą pewnością zostanie on wynagrodzony. I to przynajmniej w dwójnasób. W końcu przecież nie może być tak, że ciężko pracujemy, poświęcamy swój czas, swoje możliwości, swoje pieniądze, swoje nadzieje, swoje uczucia i wszystko to resulta fracaso, czyli kończy się klęską. Świat nie jest przecież tak skonstruowany, nie? Każdy zostaje sprawiedliwie nagrodzony i otrzymuje to, na co zasłużył, prawda? Owszem, czasami zdarzają się różnorakie nierówności i niesprawiedliwości, ale są to sytuacje ekstremalne i, co ważne, występujące ekstremalnie rzadko. Szlak jest prosty: idziesz pod górę, pocisz się, ciężko oddychasz, z trudem stawiasz kolejne kroki, z niepokojem i niecierpliwością spoglądasz w górę, znosisz słotę i upał, śniegi i wichry, zdobywasz kolejne metry, zbliżasz się do szczytu i w końcu w którymś momencie go zdobywasz. Wdrapujesz się, padasz wyczerpany, ale szczęśliwy i triumfujesz. Udało się, jesteś zwycięzca! Wygrałeś.
  
 A nieopodal czeka miły i uśmiechnięty pan, który niedługo potem do Ciebie podejdzie i bez znieczulenia oznajmi Ci, że takich szczytów zostało do zdobycia jeszcze dwadzieścia. Minimum dwadzieścia. A Ty podniesiesz się, spuścisz nos na kwintę i niechętnie ruszysz w dalszą drogę. Zdobywać kolejne nieuniknione życiowe szczyty.

  A gdybym Ci powiedział, że nie ma żadnych szczytów? Że jest tylko prosta droga, która nie wiedzie do żadnego określonego miejsca? Że jedyne, co powinno Cię interesować to wszystko to, co czeka za horyzontem? Że nie jest ważne jak długo idziesz i jak wiele w ową wędrówkę wkładasz wysiłku a to, ile ona sprawia Ci przyjemności? Że nie musisz zaspokajać potrzeb wszystkich tych, którzy tam na dole wypatrują, czy uda Ci się wdrapać na samą górę, czy gdzieś powinie Ci się noga i runiesz w przepaść? Że nie jest ważne, ile przejdziesz kilometrów, ale w jakim towarzystwie? Że tak naprawdę nie musisz się tak męczyć? Że nie jest ważne, co tam czeka w oddali, na końcu Twojego szlaku?

  Że w tym wszystkim chodzi nie o Chwałę i Sławę Zdobywcy Szczytu, lecz o Przyjemność Wędrowca? 

  Wolę nucić zapomniane melodie z pasterskim kijem w ręku, niż wyklinać mozół wspinaczki. Wolę delektować się subtelnymi pieśniami wiatru i nocy, niż rozpychać się w bezmyślnej walce o to, kto zajmie lepszą pozycję, kto kogo wyprzedzi i kto kogo zepchnie w przepaść. Wolę nieodkrytą tajemnicę niezbadanych szlaków, niż sprawdzone trasy setek pokoleń.

 Taka jest moja wola.

 Teraz Twoja kolej: decyduj!


Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009