"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

wtorek, 24 maja 2016

O męskości

0 komentarze

 A., która i tak pewnie będzie twierdzić, że wszyscy mężczyźni to świnie, ale cóż... może ktoś ją kiedyś przekona, czego oczywiście szczerze jej życzę

Wyobraź sobie pewną scenę.

 Idziesz sobie ulicą. Idziesz pewnie, zdecydowanie. Bez lęku. Z odwagą. Nie koncentrujesz się na niczym konkretnym. Nie, po prostu idziesz. Nie boisz się spojrzeć w twarze mijających Cię ludzi, niezależnie od tego, czy jest to grupka dresów czy wyjątkowo piękna kobieta. Nie ma to znaczenia. Nie myślisz o kłopotach. Nie obawiasz się ich. To one powinny obawiać się Ciebie. Jesteś silny. Jesteś wolny. Jesteś odpowiedzialny. Jesteś twardy. Dałeś radę; dałeś radę setki razy, dałeś radę dosłownie przed chwilą, dasz radę w przyszłości, jeżeli zajdzie taka potrzeba (a zajdzie na pewno). Nie zbaczasz z obranej ścieżki, nie dajesz się podpuścić. Kontrolujesz sytuację. Znasz siebie. Znasz swoje mocne strony. Ufasz swojemu rozumowi, swojej sile, swojej inteligencji. Nie panikujesz. Owszem, czasem odczuwasz strach, ale jednocześnie wiesz, że jego obecność dowodzi Twojego rozsądku i wyobraźni. Nie spuszczasz głowy w dół. Nie wpatrujesz się uporczywie w ziemię, dodając sobie w ten sposób mimowolnie otuchy. Masz swoją godność. Masz klasę.

  Oto moja prywatna definicja męskości. Wiadomo, zawsze można dyskutować (co jest z mojej strony mile widziane), niemniej jednak osobiście uważam, że te cechy wymienione przeze mnie powyżej są przynajmniej w pewnym stopniu reprezentatywne i dość klarownie przedstawiają właściwy obraz męskości.

 Kiedy jednak trzeźwo spojrzymy na ogół mężczyzn w dzisiejszym świecie, nie uciekniemy od mało przyjemnej konstatacji, że tak naprawdę niewielu z nich tak na co dzień demonstruje swoją męskość i w wielu z nich te wszystkie wymienione przeze mnie w pierwszym akapicie cechy podległy deformacji, dziwacznemu wynaturzeniu, rzecz jasna ze szkodą dla ich posiadaczy. Szkodą, której może nawet sami nie są świadomi.

 Gdzie szukać przyczyny takiego stanu rzeczy? Moim zdaniem rozmaite odpowiedzi można wymieniać bez końca, lecz w ogólnym rozrachunku wszystkie one sprowadzają się do jednej.

 Zranione (albo źle ukształtowane) poczucie własnej wartości jako mężczyzny. Oto odpowiedź.

 Tylko w filmach akcji mężczyźni są perfekcyjnymi komandosami i kochankami w jednym, w dodatku nigdy nie potrzebującymi niczyjej pomocy. A rzeczywistość jest jaka jest - stawia wymagania. Ciężkie wymagania. Czasami te wymagania przerastają mężczyzn (choć w większości wypadków tak im się tylko wydaje). Czasami nie spełniają oni tylko jednego lub dwóch spośród tych niezliczonych warunków, a ta niemożność ich spełnienia rodzi w nich poczucie winy. Czasami od dzieciństwa są oni wychowywani na słabeuszów i zalęknionych tchórzów, co buduje w ich sercach barierę strachu. Czasami swoje robią kobiety, wyczekujące ideału i szafujące bezmyślnie raniącymi słowami skierowanymi pod adresem każdego nieszczęsnego nieidealnego kandydata, jaki im się nawinie. Czasami to sami mężczyźni przejmują lub wytwarzają w sobie niewłaściwy wzorzec męskości.

 A reszta to tylko i aż konsekwencje. Niewłaściwe traktowanie kobiet, przekraczanie norm moralnych, prawnych, obyczajowych, brak jakiejkolwiek hierarchii wartości, egoizm, zagubienie, niepewność, rozpacz. Również przemoc.

 Tak się zastanawiam, jak zakończyć ten tekst i dochodzę do wniosku, że spróbuję opisać to, co rozumiem przez męskość i to, co tak obszernie wcześniej opisałem jednym zdaniem.

 A zatem: kto to jest prawdziwy mężczyzna?

 Szlachetny wojownik o czystym sercu.

  I, uwierzcie mi, Drodzy Czytelnicy, ktoś taki drzemie w każdym z nas. I czeka na sposobność, aby dojść do głosu. Nie tłumcie go. Pozwólcie, by odzywał się w Was jak najczęściej.

  I pamiętajcie, męskość i męstwo nie przez przypadek są do siebie tak podobne.

 Czymże jest prawdziwa męskość, jeśli nie wymieszanymi w odpowiednich proporcjach klasą i szaleństwem? - Andrzej Sapkowski
Read more

piątek, 13 maja 2016

Wstań, też jesteś człowiekiem!

2 komentarze

  "A kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do nóg i oddał mu pokłon. Piotr podniósł go ze słowami: «Wstań, ja też jestem człowiekiem»" - Dzieje Apostolskie 10, 25-26

  Wyznam Ci, drogi czytelniku lub czytelniczko, że jakoś nigdy nie przepadałem za Św. Piotrem. Pewnie brzmi to głupio w ustach człowieka, który przyznaje się do chrześcijaństwa i gdzieś w swoich tekstach próbuje przemycać wartości nierozłącznie z nim związane, ale cóż, taka jest prawda. Wszystko zapewne przez moją przeintelektualizowaną i przesadnie uduchowioną naturę, do której Ten Prosty Rybak, Ten, Który Się Zaparł, Choć Miał Być Opoką, Ten Który Przestraszył Się Wichru nie potrafił przemówić. Czasem po prostu tak bywa, nie? Dużo lepiej dogadałbym się zapewne ze Św. Pawłem - jego retoryka i styl odpowiadają mi znacznie bardziej.

 Ostatnio jednak po zapoznaniu się z tym fragmentem Dziejów uświadomiłem sobie swój błąd.

 Przeczytałem go, dla lepszego zrozumienia, jeszcze parę razy i przesiedziałem w milczeniu kilka dobrych minut porażony jego wymownością. Opisywał tak dokładnie to, czego tak często mi brakuje! Opisywał dokładnie postawę, do jakiej powinienem dążyć w życiu! Opisywał to, jak powinienem traktować bliźniego! Opisywał... w tak niewielu słowach, tak wiele! Św. Piotr jednym celnym zdaniem mnie znokautował i trzymał mnie w tym stanie oszołomienia przez dłuższą chwilę tak, żebym nie przeszedł nad tym bezrefleksyjnie do porządku dziennego. I zdaje się, że osiągnął to, czego chciał.

 Dlatego też abstrahując od kontekstu tej sceny przedstawionej w Piśmie Świętym i wychodząc daleko poza nią, mam dla Ciebie, drogi czytelniku lub czytelniczko, krótką wiadomość.

 Jeżeli to czytasz, 

 ...a gdzieś w życiu powinęła Ci się noga i grzmotnąłeś z hukiem o ziemię albo któryś już raz z rzędu wstajesz tylko po to, by znowu się wywalić;

...i jesteś przygnieciony tak zwanymi problemami życia codziennego, dokuczają Ci one niepomiernie i nie możesz przez to zaznać spokoju, jeżeli szkoła, praca, rodzina ściągają Cię w dół i nie pozwalają spojrzeć w rozgwieżdżone niebo;

...a w Twoim życiu panuje mrok albo półmrok i boisz się postawić kolejny krok w obawie przed zasadzką, dlatego przylegasz do ziemi i nasłuchujesz z niepokojem;

...i nie jesteś w stanie wytrzymać dłużej i w akcie sprzeciwu kładziesz się na ziemi i twierdzisz, że nigdzie się nie ruszysz;

...i jednocześnie doskonale sobie zdajesz sprawę z tego, jak daleko Ci do doskonałości i jak nieprzeliczone i okropne są Twoje wady, jak mało piękna jesteś i jak mało masz w sobie odwagi;

...i cholernie się czegoś boisz, drżysz, wzrok zachodzi Ci mgłą, a lęk Cię paraliżuje;

...a coś, czemu nie mogłeś zapobiec, coś całkowicie od Ciebie niezależnego, uderzyło Cię z taką siłą, że nie miałeś wyjścia i padłeś na ziemię i teraz się zastanawiasz, czy kiedykolwiek się podniesiesz;

...i czujesz w sobie niechęć do jakiegokolwiek działania, zgorzkniałość pętającą Ci skrzydła, gnuśność i lenistwo zalegające gdzieś na dnie Twojego serca;
  
 ...to mam dla Ciebie propozycję rozwiązania Twoich problemów.

 Wstań! Ja też jestem człowiekiem, tak jak Ty. Inni ludzie tak samo. My wszyscy się użeramy z tym światem, próbując jakoś związać koniec z końcem, odnaleźć sens tego wszystkiego, znieść kolejne ciosy zadawane zdradziecko z ukrycia przez Los i Cierpienie i my wszyscy po części Cię rozumiemy. Wiadomo, nie znamy Twoich problemów do końca i nie rozwiążemy ich jednym magicznym dotknięciem różdżki. Ale przestań się zamartwiać tym, co sobie pomyślimy widząc Twój upadek i Twój pobyt na ziemi.

 Nie przejmuj się, każdy kiedyś zalicza glebę. Nawet nie wyobrażasz sobie, ile razy zdarzyło mi się to już w życiu! A ile się razy się jeszcze wywalę? Wolę nad tym nawet nie myśleć...

 Wiesz, czym jest człowieczeństwo? Człowieczeństwo jest prawem do upadku. Ty je otrzymałeś, jak każdy z nas. Też jesteś człowiekiem. Lecz teraz nadszedł czas, abyś podniósł głowę, rozejrzał się dookoła, przestał się zamartwiać, otarł twarz z pyłu i błota, wziął głębszy oddech i wstał. Nie, nie będzie łatwo. Ani przyjemnie.

 Obiecuję Ci jednak, że widok tam na górze jest tego wart.


 P.S. A jeżeli akurat masz to szczęście (przyznam, że ja go osobiście nie mam) i Twoje życie upływa beztrosko i radośnie, to pomóż wstać tym, którzy potrzebują Twojej pomocy, ciesz się tym, co masz i wspomnij mój tekst, gdy przyjdzie Twój czas.


Read more

sobota, 30 kwietnia 2016

Nie zmierzam na szczyt, zmierzam przed siebie

0 komentarze

 To nie będzie długi tekst, bo nie ma nawet za bardzo o czym pisać.

 Z tego triku korzystał chyba niemal każdy. W życiu bywa ciężko i pod górkę, bo zmierzamy na szczyt. Po sukces. Po zwycięstwo. Po chwałę. Po zasłużone laury. Musimy okupić ich zdobycie wielkim wysiłkiem, ale z całą pewnością zostanie on wynagrodzony. I to przynajmniej w dwójnasób. W końcu przecież nie może być tak, że ciężko pracujemy, poświęcamy swój czas, swoje możliwości, swoje pieniądze, swoje nadzieje, swoje uczucia i wszystko to resulta fracaso, czyli kończy się klęską. Świat nie jest przecież tak skonstruowany, nie? Każdy zostaje sprawiedliwie nagrodzony i otrzymuje to, na co zasłużył, prawda? Owszem, czasami zdarzają się różnorakie nierówności i niesprawiedliwości, ale są to sytuacje ekstremalne i, co ważne, występujące ekstremalnie rzadko. Szlak jest prosty: idziesz pod górę, pocisz się, ciężko oddychasz, z trudem stawiasz kolejne kroki, z niepokojem i niecierpliwością spoglądasz w górę, znosisz słotę i upał, śniegi i wichry, zdobywasz kolejne metry, zbliżasz się do szczytu i w końcu w którymś momencie go zdobywasz. Wdrapujesz się, padasz wyczerpany, ale szczęśliwy i triumfujesz. Udało się, jesteś zwycięzca! Wygrałeś.
  
 A nieopodal czeka miły i uśmiechnięty pan, który niedługo potem do Ciebie podejdzie i bez znieczulenia oznajmi Ci, że takich szczytów zostało do zdobycia jeszcze dwadzieścia. Minimum dwadzieścia. A Ty podniesiesz się, spuścisz nos na kwintę i niechętnie ruszysz w dalszą drogę. Zdobywać kolejne nieuniknione życiowe szczyty.

  A gdybym Ci powiedział, że nie ma żadnych szczytów? Że jest tylko prosta droga, która nie wiedzie do żadnego określonego miejsca? Że jedyne, co powinno Cię interesować to wszystko to, co czeka za horyzontem? Że nie jest ważne jak długo idziesz i jak wiele w ową wędrówkę wkładasz wysiłku a to, ile ona sprawia Ci przyjemności? Że nie musisz zaspokajać potrzeb wszystkich tych, którzy tam na dole wypatrują, czy uda Ci się wdrapać na samą górę, czy gdzieś powinie Ci się noga i runiesz w przepaść? Że nie jest ważne, ile przejdziesz kilometrów, ale w jakim towarzystwie? Że tak naprawdę nie musisz się tak męczyć? Że nie jest ważne, co tam czeka w oddali, na końcu Twojego szlaku?

  Że w tym wszystkim chodzi nie o Chwałę i Sławę Zdobywcy Szczytu, lecz o Przyjemność Wędrowca? 

  Wolę nucić zapomniane melodie z pasterskim kijem w ręku, niż wyklinać mozół wspinaczki. Wolę delektować się subtelnymi pieśniami wiatru i nocy, niż rozpychać się w bezmyślnej walce o to, kto zajmie lepszą pozycję, kto kogo wyprzedzi i kto kogo zepchnie w przepaść. Wolę nieodkrytą tajemnicę niezbadanych szlaków, niż sprawdzone trasy setek pokoleń.

 Taka jest moja wola.

 Teraz Twoja kolej: decyduj!


Read more

niedziela, 24 kwietnia 2016

W obronie ks. Międlara

0 komentarze
"Bo gorliwość o dom Twój mnie pożera i spadły na mnie obelgi uwłaczających Tobie" (Ps. 69, 10)

"Największym wrogiem Polaków są sami Polacy: - "a konkretnie ich tchórzliwe i bierne nastawienie, przyzwyczajenie i bezrefleksyjna akceptacja status quo, w jakiej się znaleźli”.- fragment kazania wygłoszonego w katedrze białostockiej z okazji 82 rocznicy powstania ONR-u.

 Zacznijmy z grubej rury - to wcale nie episkopat nałożył zakaz wypowiedzi publicznych na ks. Międlara. Bynajmniej. Episkopat posłużył tylko za narzędzie. Nałożenie zakazu nastąpiło z woli Gazety Wyborczej i środowisk lewicowo-laickich z nią związanych. A białostockie kazanie ks. Międlara stanowiło tylko pretekst, by go uciszyć. Dlaczego uciszyć? Bo mówił bardzo nieprzyjemnie dosadne rzeczy bardzo nieprzyjemnie dosadnym tonem. To wystarczyło.

 Żeby nie pozostawić niedomówień: nie zgadzam się do końca z wszystkimi tezami głoszonymi przez ks. Międlara; jego retoryka też nie do końca mi odpowiada. Podzielam jedynie część jego przekonań i poglądów. W żadnym wypadku nie uważam się za katolickiego nacjonalistę. Jednakże sumienie nie pozwala mi milczeć w sytuacji, gdy oskarża się go o "mowę nienawiści", wypacza się rozumienie treści jego kazania i zamyka się mu usta tylko dlatego, że mówi rzeczy niepopularne w niektórych środowiskach.

  W pierwszej kolejności przyjrzyjmy się samemu kazaniu. Media głównego nurtu skupiły się na jednym, jedynym nieszczęsnym sformułowaniu o chemioterapii i raku. Jaką część kazania stanowiły owe słowa? Jedna tysięczną? Jedną milionową? Był to raptem wycinek z trwającego niemal pół godziny (sic!) kazania, które nawiązywało bezpośrednio do Ks. Wyjścia i stanu moralnego Izraelitów; owszem, ks. Międlar czynił bezpośrednie aluzje do stanu obecnego polskiej rzeczywistości, lecz naprawdę potrzeba złej woli, aby ujrzeć w jego refleksjach podżeganie do nienawiści. On opowiadał o kondycji polskiego społeczeństwa, o tym, jak on ją postrzega. Czynił to odżegnując się od użycia półśrodków, zawoalowanych sensów - bezpośrednio i konkretnie. Czy jednak nawoływał do tej nienawiści, propagował faszyzm, żądał wybicia wrogów narodu? Nie, kazał się za nich modlić. Modlić, ale równocześnie nie wyrażać milczącej i dowodzącej tchórzostwa zgody na zło.

  Potem już poszło. Ks. Międlar od dłuższego czasu podpadł Gazecie Wyborczej i środowiskom z nią związanych, dlatego nic dziwnego, że ta postanowiła wykorzystać to kazanie przeciwko jego autorowi. Wyciągnęła z kontekstu jeden fragment o "chemioterapii", dorzuciła garść klasycznych oskarżeń o nacjonalizm, faszyzm i antysemityzm, naprodukowała artykułów i opinii o tym, że taka retoryka w przestrzeni publicznej jest niedopuszczalna i wyczekiwała reakcji. W międzyczasie umiejętnie wywierano presję na hierarchów, o których można powiedzieć wszystko poza tym, że są radykalni - są to ludzie kompromisów, starający się prowadzić statek o nazwie "Polski Kościół" stosunkowo bezpiecznie, unikając potencjalnych burz i sztormów. Ciśnienie i emocje rosły, aż w końcu zapadł wyrok: zakaz wypowiedzi publicznych dla ks. Międlara. Środowiska lewicowe przyklasnęły decyzji, chwaląc roztropność dostojników kościelnych i wróciły do obrzucania błotem Kościoła przy każdej innej okazji.

  Powiem krótko: moim zdaniem ks. Międlar został zdradzony i rzucony na pożarcie. Zapewne zdawał sobie sprawę z tego, jak może się to skończyć, niemniej jednak postawa Episkopatu jest godna pożałowania,  a decyzja o zakazie wypowiedzi publicznych podjęta pochopnie. Uginanie się pod presją wrogich środowisk i przesadzonych, czy wręcz fałszywych zarzutów źle świadczy o stanie polskiego Kościoła.

 Z całego tego sporu z honorem wyszedł jedynie ks. Międlar. Pokornie podporządkował się decyzji przełożonych, nie polemizował i nie wykorzystał mediów do rozpętania publicznej wojny jak uczynił to m.in. ks. Lemański. Tym zdobył mój szacunek.
 
 Dla każdego z Was, abyście sami mogli wyrobić sobie opinię, wrzucam nagranie kazania:




Read more

piątek, 15 kwietnia 2016

Więcej zdziałasz wstrząsającym przykładem niż wytrawną argumentacją

0 komentarze

 Tak właśnie brzmi złota myśl Naszych Czasów - największa i najpopularniejsza erystyczna sztuczka, po którą sięgają zarówno ludzie powszechnie szanowani, dziennikarze i publicyści, jak i przypadkowi internetowi dyskutanci. Nie trudź się, nie kombinuj, nie układaj logicznych argumentów. Walnij przesadzonym, a czasami nawet nieistniejącym, przykładem i nie zapomnij zrobić wokół opisanego przez siebie przypadku mnóstwo szumu. Krzycz głośno, nie bój się zagłuszyć innych. Prowokuj. Obrażaj. Ironizuj. Czepiaj się literówek. Omijaj niewygodne pytania, sam ustalaj przestrzeń do dyskusji. Wyśmiewaj przeciwnika, a gdy ten zacznie się czepiać, zniszcz go tekstem w stylu "Zdecydowanie brakuje Ci dystansu do siebie". Bądź pewny siebie. Kłam. Kłam do końca, nie baw się w półkłamstwa. Idź na przebój. 

  I, najważniejsze, nie baw się w chłodne analizy. Idź na żywioł. Graj emocjami. Nie pozwól, by przysłuchujący się dyskusji choć na moment uznali omawiany problem za teoretyczny; pamiętaj, praktyka, nie teoria! Dolewaj oliwy do ognia, smagaj rozjuszony tłum biczem, podkręcaj atmosferę. Nie komplikuj.

  Naprawdę uważasz, że kogoś obchodzi to, gdzie naprawdę leży prawda?

" (...) człowiek jest zły z natury. Gdyby tak nie było, gdybyśmy byli z gruntu uczciwi, tobyśmy się w każdym sporze starali tylko o to, aby dojść do prawdy, nie bacząc na to, czy zgadza się ona z naszym pierwotnie wygłoszonym zdaniem, czy też ze zdaniem przeciwnika; byłoby rzeczą obojętną albo przynajmniej całkiem drugorzędną. Ale tak jak się rzeczy mają, jest to sprawa główna, wrodzona zaś próżność, tak szczególnie drażliwa na punkcie zdolności umysłowych, nie chce dopuścić do tego, aby nasze pierwotne twierdzenie okazało się fałszywe, a twierdzenie przeciwnika słuszne. Wydawałoby się wobec tego, że każdy powinien by po prostu starać się nie wysuwać innych twierdzeń jak tylko słuszne i w tym celu najpierw myśleć, a potem dopiero mówić. U większości ludzi jednak do wrodzonej próżności dołącza się jeszcze gadatliwość i wrodzona nieuczciwość. Ludzie gadają, zanim pomyślą; jeżeli zaś potem widzą, że twierdzenie ich było błędne i że nie mają racji, to pragną jednak, aby się chociaż wydawało, jak gdyby było na odwrót. Dążenie do prawdy, które bywa chyba na ogół jedynym bodźcem podczas wysuwania pozornie słusznego twierdzenia, zostaje teraz całkowicie usunięte przez próżność; co słuszne, ma się wydawać niesłusznym i odwrotnie". - Artur Schopenhauer

 Istnieją tysiące rzeczy, które mnie drażnią, jednak dyskutowanie za pomocą wstrząsających przykładów znajduje się niemal na samym szczycie praktycznie tej niekończącej się listy. Zwłaszcza świadomie używane przez przeróżnych przeciwników w dyskusjach, z tym bezczelnym uśmieszkiem i irytującą pewnością siebie. Albo egzaltacja, unoszenie się i nadymanie, jakby omawiana kwestia stanowiła Największy Z Problemów Świata, przez co przeniesienie tego problemu na płaszczyznę teoretyczną wydaje się niemożliwe.

 Powiem wprost: nienawidzę tego! Lubię dyskutować, spoglądać na różne sprawy z obcych mi punktów widzenia, stawiać się w innych położeniach. Cenię tych, którzy się ze mną nie zgadzają. Szczególnie, gdy zwracają mi uwagę na coś, czego w swoich wcześniejszych rozmyślaniach nie uwzględniałem.

 Ale do każdego, kto na starannie przygotowany wywód, odpowiada wstrząsającym i łzawym przykładem, czuję pogardę i litość. 

 I nie zmieni tego nawet fakt, że takie, wstrząsające i łzawe, sytuacje czasami naprawdę się zdarzają.
 Lecz czy każdy wyjątek może przeczyć każdej regule?
Read more

niedziela, 3 kwietnia 2016

Zło jest złem zawsze i nie przestaje nim być nigdy ...

15 komentarze
"Aborcja nie sprawi, że unikniesz bycia matką. Aborcja sprawi, że będziesz matką martwego dziecka".

  Są pewne tematy, na które po prostu nie lubię się wypowiadać, bo uważam, że brakuje mi kompetencji, doświadczenia czy najzwyklejszej mądrości życiowej. W końcu jestem tylko głupim osiemnastolatkiem, który nie zna życia, nie zakosztował w pełni jego gorzkich owoców, a co i rusz stara się wymądrzać w kwestiach, o których nie ma bladego pojęcia. Dobra, niech tak będzie. Może i tak rzeczywiście jest, nie wiem. Trudno mi oceniać. Mniejsza jednak o to. Dziś przełamuje swoją niechęć i piszę o aborcji, ponieważ czuję taką potrzebę i budzi się we mnie poczucie obowiązku. A tuż za nim rozlega się cichy, acz bezkompromisowy szept sumienia, nie tyle zachęcający, co nakazujący: "Musisz dać świadectwo, nieważne co pomyślą o tobie inni...". Przystaję na to. Daję świadectwo. Czemu? Głupocie, naiwności i życia niepraktycznymi ideałami, czy wierności własnym ideałom i pragnieniu ochrony każdego życia ludzkiego? - rozsądźcie sami.

 Zacznijmy od tego, że nie jestem kobietą, nigdy nie będę matką, a co za tym idzie, nigdy nie zrozumiem tego, co czuje matka: matka dziecka chorego, dziecka niechcianego czy dziecka pochodzącego z gwałtu. Lecz czy to miałoby dyskwalifikować moją ocenę moralną już na starcie? Nie, to przesadne uproszczenie i spłycenie dyskusji. "Sam nigdy nie byłeś w takiej sytuacji i nie wiesz, jakbyś się zachował!" - czy to nie infantylne? Czy cały mój system wartości i moja moralność mają opierać się wyłącznie na tym czego doświadczyłem/doświadczam/mam szansę doświadczyć? Wolne żarty. Mam prawo do swojego zdania i wypowiem je właśnie teraz, głośno i dobitnie, na przekór wszystkiemu:

Aborcja nie jest "sytuacją", "trudną decyzją", "koniecznym wyborem". 
Aborcja jest czynem. Aborcja jest aktem woli.

  I to jakim czynem? Najgorszym z możliwych. Odebraniem życia. Nie chcę tu się bawić w zasadność użycia określeń "zabójstwo" czy "morderstwo", bo nie o to tu idzie - ostatecznie każda sytuacja jest inna i do każdej trzeba podchodzić przynajmniej z ostrożnością, aby uniknąć wydania przedwczesnego niesprawiedliwego sądu. Jednak dla mnie te wszystkie usprawiedliwiające czynniki nie stanowią wystarczającego wytłumaczenia. Bo czy owe "dodatkowe okoliczności" coś zmieniają? Czy to ma aż takie znaczenie, w jakim wieku jest matka? Albo czy dziecko jest owocem niewierności małżeńskiej, gwałtu czy młodzieńczej lekkomyślności? Przecież to nie w tym kryje się istota problemu!

 Mam nadzieję, że łapiecie, o co mi chodzi. Ludzie powołując się na te wszystkie czynniki i hipotetyczne sytuacje, przez co zacierają, ukrywają i wypaczają prawdziwy sens aborcji. A jej treścią (bo trudno nazwać to przecież sensem) jest uśmiercenie człowieka. Jej treścią jest zło. A tak się składa, że ja zła nie toleruję.

 I jakkolwiek pragnę staram się być wyrozumiały i miłosierny dla wszystkich moich bliźnich, tak owo obostrzenie przestaje obowiązywać na płaszczyźnie wyborów i decyzji etycznych. Nie chcę potępić człowieka, chcę potępić zło!

 A aborcja ze wszech miar jest złem. I to kryjącym w sobie ten pierwiastek perfidnego wyrafinowania, którego nienawidzę; kobiety wybierać muszą pomiędzy własną wygodą, bezpieczeństwem a wyrzeczeniem. I w swej słabości czasami ulegają tej pokusie, co w wielu sytuacjach posiada tragiczne (nie tylko dla nienarodzonych dzieci, ale również dla ich psychiki) następstwa.

 Mały, bezbronny, osamotniony, słaby, człowiek. I matki, które świadomie bądź nie podpisują na niego wyrok śmierci. 

 I zanoszące się szyderczym śmiechem Wielkie Zło, zaskoczone i dumne z tak powszechnego wsparcia i akceptacji dla swych działań.

"Nie mogę uwierzyć, pokonują nas słowem
W miejsce człowiek, wymyślono słowo nowe
Produkt zapomnienia, fragment tkanki, skrzep
Odpad biologiczny spalony przez piec
Wyważona wrażliwość nie pozwala myśleć
Że ta mała iskierka to może jednak życie"





Read more

niedziela, 27 marca 2016

Ich bronią jest strach, naszą - łzy...

0 komentarze

  Czasami tak się zdarza, że jedna sytuacja, jedna migawka, jeden obrazek, jeden skrawek rzeczywistości doskonale ilustruje całokształt pewnego zjawiska. Zbędne wydają się wtedy rozbudowane komentarze, głębokie analizy i szczegółowe opisy - wszystko teoretycznie wydaje się jasne. Jednakże po spojrzeniu z innej perspektywy okazuje się, że te raczej nietrudne do zinterpretowania sytuacje gromadzą w sobie tak wiele charakterystycznych dla konkretnego momentu tendencji, że jakby na przekór swojej pozornej prostocie ujawniają pewne ciekawe, choć niekoniecznie rzucające się w oczy wnioski.

źródło: tvn24.pl
 Właśnie taką wymowną sytuacją moim skromnym zdaniem były łzy p. Federici Mogherini, szefowej unijnej dyplomacji, podczas konferencji prasowej po ostatnich zamachach w Brukseli. Cóż one oznaczają?

  Po pierwsze, pokazują, do czego zdolna jest Unia Europejska (nie w znaczeniu wszystkich zrzeszonych państw członkowskich, ale administracji na szczeblu centralnym). Ten przedziwny twór, który z każdym krokiem zmierzającym do ograniczenia wolności gospodarczej i politycznej swych członków tracił rację bytu, aspirujący do partycypowania w najważniejszych i najdonioślejszych dla świata naradach i decyzjach, okazuje się bezsilny wobec kolejnego ataku terrorystycznego i zamiast podjęcia jakichkolwiek konkretnych działań (przypominam: dyrektywy, hasztagi, marsze poparcia to wbrew pozorom nie są konkretne działania) reaguje zalewem kondolencji, głębokim przejęciem i tymi wyżej już wspomnianymi łzami. Czyli tak naprawdę nie czyni nic. Ci, którzy stoją za zamachami, którzy je zaplanowali gdzieś daleko na Bliskim Wschodzie i wysłali ludzi, żeby je zrealizowali, zataczają się ze śmiechu i wznoszą modły dziękczynne do Allacha, że sprzyja im w wojnie z niewiernymi. A my płaczemy.

 Być może ta analogia jest nie na miejscu, ale muszę się na nią zdecydować, by ukazać w całej okazałości mechanizm stojący za zamachami. Zachodnia Europa i jej elity są jak grupa małych dziewczynek, które dzięki bogatym rodzicom przynoszą codziennie do przedszkola rozmaite luksusowe gadżety i zabawki. Któregoś dnia jednak wpadają one na szalony pomysł: zapraszają do swojego ulubionego kąta zabaw w sali kilku podejrzanych, trochę wyrośniętych chłopaków o groźnym wzroku, wywodzących się z patologicznych rodzin albo wychowywanych wręcz przez ulicę - takich typowych łobuziaków. Same twierdzą, że "trzeba się dzielić" i że "oni też zasługują na fajną zabawę". Z początku zaproszeni starają się nie sprawiać problemów - tylko bacznie lustrują sytuację i ku rozczarowaniu naszych bohaterek wcale nie chcą się z nimi zintegrować; co ciekawe jednak, nie wstydzą się korzystać z ich zabawek, robią to coraz częściej i praktycznie bez pytania właścicielek o zgodę. W pewnej chwili jedna z dziewczynek nieśmiało próbuje zwrócić im uwagę, że zaczyna to wyglądać trochę niesprawiedliwie. I wtedy zaczyna się dramat: chłopcy wszczynają bójkę, głośno krzyczą, kopią, biją i terroryzują (ironia losu, że muszę użyć tego określenia) prawowite właścicielki zabawek. Wtedy jednak jest już za późno. Można było wcześniej przewidzieć rozwój sytuacji, można było zareagować wcześniej ograniczając dostęp do zabawek lub narzucając gościom pewne ograniczenia, zanim  poczuli się wszechmocni i bezkarni. Lecz zadufane i roztargnione dziewczynki nie pomyślały o tymi w ten oto sposób zafundowały sobie tragedię. 

 Tragedię, co warto podkreślić, na własne życzenie. I to taką, której nie rozwiąże żadna pani przedszkolanka.

 Po drugie, bezbłędnie widać dzięki nim niewyciągnięte wnioski. Były zamachy w Paryżu. Służby dostawały wcześniej z różnych źródeł informacje o potencjalnym zagrożeniu, ale oczywiście je zignorowano. Dochodzi do zamachów, zaczyna się chaos, stopniowe uspokajanie sytuacji, potem żałoba i smutek. I rzekome wyciągnięcie wniosków. Co się dzieje po zamachach w Brukseli? Dokładnie to samo. Identyczna sytuacja. Nie wiem, jak bardzo trzeba być pogrążonym we własnych wydumanych wyobrażeniach, żeby ignorować rzeczywistość i nie uwzględniać przy realizacji własnych wizji politycznych tak oczywistych czynników... Za nic w świecie nie potrafię tego zrozumieć. Może jestem głupi, ale gdyby to ode mnie zależało, starałbym się zmienić cokolwiek, wzmocnić systemy ochronne i monitorujące, przemyśleć raz jeszcze koncepcję polityki społecznej i imigracyjnej, wprowadził lepsze kontrole... Wszystko jedno, byle działać. Ale najwyraźniej elity europejskie są na tyle nieomylne, że takie drobne wpadki nie mogą wpłynąć na zmianę kursu wielkiego statku "Europa", na pokładzie którego znajdujemy się my wszyscy...

 Po trzecie, pokazują z jakiej gliny ulepieni są dzisiejsi europejscy przywódcy. Czego dowodzą łzy? Wrażliwości? Smutku? Żalu? Być może. Ale niekoniecznie powinno być dla nich miejsce w przestrzeni publicznej. Dla mnie zarówno p. Mogherini jak i wszyscy inni politycy mogą sobie szlochać w najlepsze w zaciszu swoich luksusowych domostw; tam, gdzie nikt nie będzie stawiał przed nimi problemów, nikt nie będzie oceniał, nikt nie będzie od nich żądał rozwiązań. Gdy jednak sprawa idzie nie tylko o tragedię, ale także o coraz poważniejszy problem społeczno-polityczny, oczekuję zdecydowanej reakcji, konkretnego ustosunkowania do sytuacji, a nie w najlepszym razie ckliwości i chwiejności emocjonalnej, a w najgorszym - zaplanowanego gestu pod publiczkę.

 Wcale nie lepiej przedstawia się kondycja samych zachodnich społeczeństw. W jaki sposób reagują oni na takie a nie inne zachowania swoich przywódców? Podnoszą sprzeciw? Dostrzegają śmieszność i banalność niektórych inicjatyw? A może przynajmniej kolejne tragedie zmuszają ich do pogłębionej refleksji lub przemyślenia nurtów ideologicznych, za którymi bezmyślnie podążają? Nie, skądże. Trwają w tym uparcie, płytko przejęci działaniami zamachowców ustawiają flagi na zdjęciach profilowych, potępiają słowami, maszerują i płaczą. To jest ich odpowiedź. To jest ich broń.
  
 A my? Wszystko to, o czym napisałem, z całą pewnością będzie postępowało. Spirala strachu została puszczona w ruch, nie unikniemy kolejnych zamachów, jeszcze bardziej krwawych.  Niewiele wskazuje, żeby europejscy przywódcy zmądrzeli. Czym zatem się obronimy? Łzami? Hasztagami? Marszami przeciwko strachowi odwołanymi z obawy przed zamachami (nawet Monty Python by tego nie wymyślił)? Nie, nie tędy wiedzie droga. Potrzeba nam odwagi, potrzeba nadziei, potrzeba żelaznej woli. Potrzeba konsekwencji. Potrzeba konkretnych działań.

  I, nade wszystko, przezwyciężenia strachu.

  Bo jak powiedział Grzegorz Braun: "Jeżeli się boisz, już jesteś niewolnikiem".


P.S. Jest jednak nadzieja; być może to przypadek, ale dokładnie w Niedzielę Zmartwychwstania wojska Asada odbiły Palmirę z rąk Państwa Islamskiego.
 
Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009