"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

wtorek, 22 grudnia 2015

Niepisane rozmowy w języku miłości

0 komentarze

 Wszystkim tytułowym rozmówcom i rozmówczyniom


 * * *
 Kawiarniany klimat. Siedzę przy niewielkim stoliku, popijam umiejętnie wystudzoną kawę, dzierżę w dłoni nieoceniony długopis, próbuję czynić notatki i obserwuję. Z wolna całym sobą oddaję się tej czynności i koncentruję wzrok na ludziach znajdujących się nieopodal mnie, pogrążonych w lekturze lub w rozmowie. Szczególnie ci ostatni zdobywają moją uwagę; ignorując różne zewnętrzne bodźce atakujące moją świadomość, próbuję się wyłączyć i całkowicie poświęcić się ich obserwacji. Wsłuchuję się w urywki słów, przypatruję się ich mimice, ich gestom. Ich spojrzenia mówią dużo, znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Podobnie ich ciała. 
  Plączący się język. 
 Śmiały wzrok konkwistadora, pewnego swego, wkraczającego na tereny ze wszech miar nadające się do podboju.
 Ostrożność doświadczonego żeglarza wypływającego na nieznane wody.
  Obietnica przygody.
  Błysk ciekawości, a może nawet fascynacji, ledwie dostrzegalny w oku.
  Niepokój, dreszcz, zagubienie.
  Tajemnica skryta w uśmiechu.
  Słowa stanowiące jedynie klucz i bramę, same z siebie nieistotne, płynne, ulotne; znikające gdzieś niedostrzegalnie zaraz po wypowiedzeniu. 
  Tląca się z tyłu głowy myśl.
  Słodko-gorzka niepewność.
  Ciepło i zaufanie, jedne z najpiękniejszych rzeczy, jakie może podarować ta druga osoba bez uszczerbku na własnym interesie.
  W końcu łapię się na tym, że choć bez większego trudu odgaduję (albo przynajmniej domyślam się) emocje rozmawiających par, to czynię to z pewną ironią, tak jakby były mi one całkowicie obce i obojętne; tak jakbym sam dawno się ich wyzbył, jakbym ich nie potrzebował. Nie jest to prawda, wręcz przeciwnie: czasem tak bardzo chciałbym stać się uczestnikiem tej gry, że zżera mnie złość i frustracja, gdy uświadamiam sobie, że jednak nie mogę.
  Robi się nieprzyjemnie. Nagle uświadamiam sobie, że pomimo tego całego teoretycznego dystansu i pewnej wyższości, z jaką się odnoszę do przedmiotów mojej obserwacji, zwyczajnie im zazdroszczę.

* * *
 Ale dlaczego? Co jest takiego niezwykłego w tych niepisanych i nieprzetłumaczalnych na język logiki rozmowach w owym tajemniczym języku miłości? Poza, rzecz jasna, przyjemnością, jakiej dostarczają one rozmówcom i rozmówczyniom?
 Jedyne, czym mogę zrekompensować mój brak doświadczenia i wiedzy w tej materii, to filozofowanie. A jako że nie lubię pozostawiać nierozwiązanych problemów i pytań bez odpowiedzi, to postanowiłem się pobawić się w spekulacje i przeprowadziłem krótki eksperyment myślowy, wskutek którego udało mi się wyprodukować w miarę sensowną odpowiedź. Brzmi ona następująco:
 Wyjątkowość i Indywidualność. Każdy posiada swój własny, indywidualny, niepowtarzalny i wyjątkowy język miłości. Każdy kładzie nacisk na inne kwestie, każdy zdobywa serce w inny sposób, każdy posiada własną wizję siebie i osoby kochanej. Każdy interpretuje miłość (i związek, który stanowi jedną z jej form) inaczej. Każdy poszukuje w niej czegoś innego. I chociaż pewne mechanizmy i algorytmy w świecie uczuć występują z zaskakującą powtarzalnością (seryjni uwodziciele, problem zdrady etc.), to nie zmienia to wyżej przedstawionego przeze mnie faktu. 
  Idźmy dalej. Gdzie jest źródło? Skąd się w ogóle bierze ów język miłości? Tu już mogę uciec się do racjonalnych przesłanek (jak na filozofa przystało, czynię to z niemałą ulgą) i uznać dwa zasadnicze źródła jego pochodzenia. Należą do nich Wychowanie (środowisko, dom rodzinny, system wartości etc.) i Charakter (wrażliwość i indywidualne cechy danej osoby). W mojej ocenie to praktycznie rozsądza sprawę i udowadnia poprzednią tezę o wyjątkowości i indywidualności każdego języka miłości; przecież istnieje niezliczona ilość postaw, jakie można wynieść z domu (uwzględniając również patologie i sytuacje skrajne), nie mówiąc już o różnorodności ludzkich postaw i charakterów (tradycyjny podział na sangwiników, choleryków, melancholików i flegmatyków może się schować). Co więcej - bardzo wiele zależy od proporcji, w jakich jedno i drugie wpływa na konkretną osobę. Równie łatwo możemy wyobrazić sobie sytuację, gdy charakter pewnej dziewczyny zostaje całkowicie zdominowany przez surowe i rygorystyczne wychowanie, jak i taką, gdzie ta sama dziewczyna buntuje się przeciw wszystkiemu, co należy do "świata rodziców", w tym także do języka miłości, jaki oni nieświadomie w niej próbują zaszczepić.
  A jeżeli dodamy do tego zmiany, jakie wywarły na konkretnym języku miłości konkretnej osoby doświadczenia z przeszłości (miłe bądź niemiłe), najpewniej dojdziemy do wniosku, że to zagadnienie jest bardziej skomplikowane i złożone, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
  Opcji jest wiele, można kombinować na wiele sposobów. 
 * * *

  Jeżeli mój tekst trafił Ci do serca i jednocześnie masz czas, odwagę oraz ochotę (a najlepiej wszystkie trzy naraz), możesz pobawić się w interpretację tego pojęcia na własnym przykładzie - w końcu posiadasz najwięcej danych i powinieneś znać siebie lepiej niż ktokolwiek inny. A jeśli brakuje Ci spojrzenia z zewnątrz, zawsze możesz zapytać przyjaciela albo tą drugą osobę, z którą jesteś w związku - oni bez cienia wątpliwości są w stanie Ci pomóc.
 
 
Read more

środa, 2 grudnia 2015

Oczekiwanie?

0 komentarze

  Zaczął się adwent, powszechnie określany w różnych chrześcijańskich środowiskach jako czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie i (jeżeli mamy do czynienia z wgłębieniem się w temat) ponowne przyjście Chrystusa na ziemię. W którymś ze słuchowisk (zdaje się, że w jednym z ubiegłorocznych odcinków Plastrów Miodu) o. Adam Szustak OP skrytykował to utarte przekonanie; uczynił to na tyle bezbłędnie i spektakularnie, że mi pozostaje tylko przyklasnąć jego tezom i skinąć głową z aprobatą. W tym tekście nie mam zamiaru powielać jego argumentacji, a jedynie podrzucić Ci pewną wskazówkę, jeżeli nadal nie odnalazłeś inspiracji lub motywacji, żeby na serio rozpocząć adwent. Być może ona skieruje Cię na właściwy trop.

  A zatem, rozpoczyna się Adwent. Cztery tygodnie. Jak je wykorzystasz? Co zrobisz? Możesz, w sumie tak jak zawsze, trwać w szarej codzienności, konwencjonalnie pędzić wraz z tłumem, odwiedzać Sanktuaria Współczesnych Niewolników* i przy dźwiękach nastrojowej muzyki (oraz niezastąpionego, przyprawiającego o mdłości i doprowadzającego do szału "Last Christmas") zrobić świąteczne zakupy. Możesz siedzieć w swojej rutynie, z założonymi rękami, i oczekiwać aż Chrystus zejdzie do Ciebie specjalnie z góry, wpadnie do Twojego życia z impetem, pogłaszcze Cię po główce i tak po prostu wyprostuje wszystkie krzywe miejsca Twojego życia i Twojej duszy. Owszem, może tak się stać, ale chyba dobrze zdajesz sobie sprawę, jak naiwne jest takie Oczekiwanie Na Cud.

  Pytasz więc, co proponuję w zamian? Nic skomplikowanego - zwykłe ruszenie się z miejsca, wyjście ze swojej strefy bezpieczeństwa (komfortu), zaangażowanie i włożenie większego wysiłku w to, na czym Ci naprawdę zależy. Nie zamartwianie się o przyszłość (to co się stało, to się nie odstanie) i przyszłość (wszak koniec świata może mieć miejsce w każdej chwili), nie rozwlekłe analizowanie własnych pomyłek i upadków, nie jałowe śnienie na jawie cudnej wizji dalszego życia, nie próżne zachwycanie się własnym talentem i zdolnościami. Proponuję Ci coś więcej; Szukanie. Otwarcie się na nowe doświadczenia, podjęcie ryzyka, zmianę perspektywy. I nade wszystko: działanie! 

 Jeżeli cały ten powyższy wywód brzmi dla Ciebie zbyt abstrakcyjnie, cały ten wywód można streścić jednym słowem: żyj!

Strach przed dzisiaj paraliżuje
Wczoraj i jutro moje myśli truje
Co było to było, co ma być będzie
Tu i teraz to moje orędzie

Chcę żyć dziś, tu i teraz
Nie chcę być tym kim nie jestem
Nie chcę być tam gdzie mnie nie ma
To jest dzień i to jest miejsce
 
Tam gdzie nas nie ma czas nie istnieje
Wczoraj i jutro odbiera dziś nadzieję
To co przerasta jest niemożliwe
Znaki na niebie wołają ciebie

 Od kilku dni prześladuje mnie obraz Chrystusa stojącego przed symbolicznymi drzwiami, czyli wejściem w życie każdego z nas i mówi:

Oto stoję u drzwi i kołaczę:
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze Mną. (Ap, 3, 20)

 Podniesiesz się z wygodnej sofy? Wyłączysz czerwonym guzikiem brzęczący telewizor? Znajdziesz w sobie krztynę potrzebnej energii i odwagi, żeby podejść do drzwi i nacisnąć klamkę, mając świadomość, że nie do końca wiesz, co Cię czeka po drugiej stronie?
 Nie wiem. Odpowiedź należy do Ciebie.

* * *

*Sanktuaria Współczesnych Niewolników to centra handlowe. Jeżeli interesuje Cię geneza tej nazwy, zerknij tu
Read more

czwartek, 12 listopada 2015

KuszeNIE!

0 komentarze

"Każdy wielki i odważny człowiek, który opiera się nurtowi zła, jest przeszkodą. Jego zadaniem jest burzyć spokój tych, którzy są z siebie zadowoleni i dodawać otuchy wzburzonym. Aleksander Wielki został kiedyś zapytany o to, w jaki sposób podbił świat. Jego odpowiedź brzmiała: "Dzięki temu, że się nie wahałem". - Arcybiskup Fulton John Sheen

* * *

W bliżej nieokreślonym miejscu, położonym gdzieś na granicy Mojej Świadomości i Transcendentalnych Spraw Niemożliwych Do Ogarnięcia Rozumem, w bliżej nieokreślonym czasie (zresztą, czymże dla nich jest czas? Istnieją przecież poza nim), zebrała się Nieświęta Trójca: Szatan, Wszystkie Moje Słabości (nazywane przez niektórych również Moim Wewnętrznym Zdrajcą) i Ten Świat, by radzić o sposobach zwiedzenia Wędrowca Przez Noc (dalej po prostu: Wędrowca). Nie debatowali długo i zawzięcie - wiedzieli, że ich jedyną szansą na zwycięstwo jest szybkie uderzenie, ogłuszenie sumienia przeciwnika, silne uchwycenie jego duszy i porwanie go do siebie, a potem długa i staranna praca nad zdeprawowaniem go do reszty. 

 Wędrowiec  nie był byle kim. Szatan z miejsca odpuścił sobie próby frontalnego ataku na niego; przyszły kuszony nie przejawiał najmniejszego zainteresowania sprawami diabelsko-demonicznymi, nie wytaczał procesów Bogu, nie przypisywał Mu odpowiedzialności za istniejące zło i można nawet rzec, że żył z Nim w przyzwoitej komitywie (o ile w ogóle o kimkolwiek można powiedzieć, że żyje w komitywie z Bogiem). Szatan wiedział, że samą swoją postacią nie trafi do serca kuszonego; nieważne ile będzie kłamał, zwodził i łudził, w ten sposób nie wzbudzi w nim miłości do fałszywego obrazu Romantycznego Buntownika, który przed laty odważył się sprzeciwić woli Przedwiecznego i za to został niesłusznie ukarany. Lata wiary i zagłębiania się w nią zrobiły swoje, Wędrowiec był uodporniony na prostą propagandę tego pokroju.

 Co więcej, dzięki wytężonej pracy włożonej w kształtowanie swojej postawy moralnej, udało mu się przezwyciężyć sporą część dawnych grzechów i słabości; nawet jeżeli dziś upadał, to podniesienie się zajmowało mu raptem kilka sekund. Ufny w Boże Miłosierdzie, a jednocześnie świadom swojej wartości, nie pozwalał na to by trudniejsze chwile w życiu sprawiły, że utraci wiarę w siebie, we własne zdolności i możliwości. Nie był ideałem, od ideału dzieliło go naprawdę wiele; jednakże wytaczając krwawą wojnę samemu sobie (co na pierwszy rzut oka wydaje się po prostu samobójstwem), swojemu Wewnętrznemu Zdrajcy, swoim grzechom, odniósł umiarkowane zwycięstwo i częściowo Go (Zdrajcę) i je (grzechy, słabości) poskromił.

 Zatem decyzja zapadła. W roli kusiciela wystąpi Ten Świat.

* * *
Into the orchard I walk peering way past the gate...

 Siedzę lekko otępiały pod wielką jabłonią w ciemnym, zarośniętym i opuszczonym sadzie. Wokół mnie mrok, niezrozumiałe szepty, wirujące w tańcu cienie, namawiające mnie, abym do nich dołączył. W oddali słyszę potępieńcze wycie wiatru, narastające, rosnące w siłę i nieubłaganie zbliżające się w moją stronę. Głos z tyłu głowy podpowiada mi, że tak będzie wyglądał mój kres; że oto nadchodzi moje przeznaczenie. Ignoruję go, staram się zepchnąć nieprzyjemne przeczucie w głąb podświadomości i wyostrzam zmysły; czuję, że coś się zbliża. Ktoś nadchodzi. Ktoś, kto nie boi się szalejącej wokół wichury i tak jak ja wędruje przez noc. Interesujące.

 Młody mężczyzna, z gatunku tych, których niemal zawsze słucham z zainteresowaniem (chyba, że plotą bzdury, ale on akurat bzdur nie plótł) i z którymi często mimowolnie się zgadzam, ponieważ uwodzi mnie nie ich tok myślenia czy wnioski, lecz prezentowana pewność siebie, przekonanie i szczerość pobrzmiewające w ich głosie oraz bezpośredniość, nie bawił się w zbędne powitania, przydługie przemowy, rozbudowane ceremoniały. Z miejsca przeszedł do rzeczy:

- Mam dla Ciebie ofertę, szanowny Wędrowcze. Nawet nie umowę, nie żadne dwustronne zobowiązanie, nie traktat. Po prostu oferta. Zapewne się domyślasz, że znamy Twoje wszystkie pragnienia, także te, których się wstydzisz albo których nie umiesz wypowiedzieć. Wszystkie. Począwszy od tych najbanalniejszych, poprzez te typowe dla gatunku ludzkiego, aż po te najbardziej ekstremalne. Gwarantujemy Ci ich realizację. Natychmiastowo. Bez żadnych haczyków. Wystarczy, że wypowiesz jedną prostą formułę, oddając tym samym swój los w nasze ręce, a już nie będziesz więcej cierpieć. Marzysz o miłości? Damy Ci taką, jakiej nie miał nikt wcześniej. Pragniesz sławy, jedno słowo - będziesz bardziej rozpoznawalny niż Papież i Prezydent Stanów Zjednoczonych w jednym. Życzysz sobie pieniędzy - na twoje zawołanie przetransportujemy Ci Fort Knox do Twojego ogrodu. Coś bardziej imponującego? Proszę bardzo, Twoje koncepcje naukowe, wcześniej niedoceniane i ignorowane, dzięki naszej pomocy zdobędą uznanie, na które zasługują, Twoje utwory literackie, odtrącane i pogardzane przez wydawców, wydane zostaną w miliardowym nakładzie. Jak myślisz, jakim cudem taka szmira jak "Pięćdziesiąt twarzy Greya" zdobyła swoją popularność? Dla nas nie ma granic. Będziesz autorytetem. Będziesz akceptowany i rozumiany. Będziesz żył pełnią życia. Będziesz adorowany przez kobiety. Będziesz... każdym. Będziesz żył w każdym, a każdy będzie żył w Tobie. Na Twoje życzenie mądrość stanie się bełkotem, a bełkot - mądrością. Będziesz władał ciałami, umysłami i duszami. Będziesz mógł zmienić świat, uczynić to, o czym zawsze marzyłeś. Wystarczy jedno Twoje słowo; rzeknij "Pragnę!", a wszystko to stanie się rzeczywiste, rzeczywistsze niż Twoje istnienie na tym świecie. Jedno słowo.

 Być może uległbym pokusie, zwłaszcza że, jak później się zorientowałem, przebiegły kusiciel wcześniej przytępił ostrość mojego sumienia, jednak dzięki trzem rzeczom udało mi się wyjść z tej konfrontacji bez szwanku.

 Pierwszą z nich był błąd kusiciela - okazał się on zbyt natarczywy i niewystarczająco subtelny w swoich wizjach. Gdyby poprzestał wyłącznie na tym, co rzeczywiście może dać mi szczęście, jego plan mógłby wypalić. A tak, zagonił się w obietnicach i możliwościach, wzbudzając tym samym moje podejrzenia, które w połączeniu z trzecim czynnikiem sprawiły, że na koniec wypowiedziałem słowa, które wypowiedziałem.

 Drugim okazała się milcząca, ale pewna i niezawodna opieka nade mną sprawowana przez Niego i Anioły. Ktoś może przyczepi się i rzeknie: "To naiwne, mamy XXI wiek, a Ty nadal wierzysz w Niego i Anioły? Przecież to niemodne, nie na czasie, nie aktualne..". Cóż, nic na to nie poradzę. Po prostu tak jest, wierzę, czasem czuję Jego i Ich obecność, a czasem zwyczajnie mam świadomość Jego i Ich istnienia. Nade wszystko jednak po prostu ufam i w tej mojej ufności zawiera się pełna istota i definicja mojej wiary. 

 Trzecim okazał się mój rozum i moja dusza, których pomimo licznych prób kusicielowi nie udało się otumanić i zniewolić. Cały swój wysiłek włożył w podporządkowanie sobie zmysłowej części mnie i gorzko się zawiódł, gdy otrząsnąwszy się po jego opowieści, odpowiedziałem mu w następujący sposób:

- Drogi kusicielu, zanim przejdę do mojej ostatecznej i definitywnej odpowiedzi, chciałbym sprostować kilka rzeczy. Po pierwsze, nie pragnę ani władzy, ani sławy, ani pieniędzy, ani popularności. Jeśli chodzi o te kwestie, to poważnie się rozminąłeś z moimi potrzebami. Po drugie, do wielu z owych marzeń jeszcze nie dojrzałem, a na niektóre najzwyczajniej w świecie nie zasłużyłem. Nie dojrzałem do miłości, nie zasłużyłem na uznanie w środowisku naukowym i twórczym, nie powinienem decydować o wyborach życiowych innych ludzi. I wreszcie po trzecie: perfidnie kłamiesz. Twoje obietnice wcale nie pokrywają się z moimi marzeniami. Oferowana przez ciebie miłość to nic więcej jak pożądanie, chwilowy zachwyt, wzniosłe uniesienie, błyskawicznie wygasające. Oferowana przez ciebie wolność to nic więcej jak upojenie bogatą gamą możliwości. Oferowana przez ciebie akceptacja innych ludzi to nic więcej jak ograbienie mnie z indywidualności i ciśnięcie mnie w tłum. Reszta to albo obietnice bez pokrycia, albo kłamstwa.

 Zapadła chwila ciężkiego milczenia. Kusiciel przez chwilę przyglądał mi się z uwagą, intensywnie myślał, a w końcu westchnął ciężko i zapytał:
- A zatem mam rozumieć, że Twoja odpowiedź brzmi...
- Nie! Nie pragnę!

* * *
A jak odpowiesz Ty, gdy któregoś dnia Ten Świat zabierze Cię na przechadzkę i spróbuje skusić obietnicą realizacji Twoich najskrytszych, a niekoniecznie najpiękniejszych pragnień?

* * *

 


Read more

środa, 28 października 2015

Kim chcę dla Niej być?

0 komentarze

"Jeżeli jednak spotkam taką, która się rumieni i jąka, tak jest nieśmiała, i potrzebne są jej dary, aby się nauczyła uśmiechać, bo oznaczają dla niej świeży wiatr od morza, a nie świadectwo podboju, stanę się dla niej drogą przynoszącą wyzwolenie. Ani siebie nie upokorzę tą miłością, ani jej. Będę dokoła niej jak przestrzeń, a w niej - jak czas".
 

 Któregoś dnia, być może przyjdzie mi na niego poczekać długo, a być może będzie miał on miejsce w niedalekiej przyszłości, spotkam Tą Jedyną. W naszym pierwszym spotkaniu nie będzie wiele romantyzmu, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To nie okoliczności przyrody sprawią, że ów poranek, popołudnie lub wieczór zapamiętamy na zawsze. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie będą to również słowa. Słowa łatwo ulatują z wiatrem, w mgnieniu oka giną zatopione w potoku wykrzyknień, metafor i przekleństw obcych ludzi lub w odmętach ludzkiej pamięci. Tym, co niezauważalnie pchnie nas ku sobie i delikatnie zmieni bieg naszych codziennych dróg, tylko po to, by już na zawsze odmienić nasz los, nie będzie potrzeba akceptacji albo potrzeba zaspokojenia samotności. 
  
 Nawiasem mówiąc to okropne, co czynią ludzie, którzy wchodzą w związki wyłącznie dlatego, żeby nie być samotnym. Robią sobie i w równej mierze tej drugiej osobie, ogromną krzywdę. Nie do końca jestem w stanie zrozumieć ich podejście, szczególnie uwzględniwszy fakt, że takie związki prędzej czy zmieniają się w nieznośny dla obu stron koszmar i w efekcie najczęściej z hukiem się rozpadają.
  
 Natkniemy się na siebie pośród szarej codzienności, wśród szumu paplających ludzi, hałasu pojazdów, przy zachmurzonym niebie, schowanym słońcu lub bezgwiezdnym niebie. Natkniemy się na siebie, kiedy większość zmęczonych przechodniów spoglądać będzie na otaczający ich świat tępym wzrokiem, w myślach rozkosznie wyciągając się na wygodnym łóżku, zapominając o pracy, szkole i domowych obowiązkach. 

 Jedynie my będziemy rozglądać się dookoła i patrzeć tam, gdzie nikt nie ma odwagi zatrzymać wzroku na dłużej. I w którymś momencie odnajdziemy siebie wśród tego zgiełku i tłumu, odejdziemy na bok i głęboko, przenikliwie, spojrzymy sobie w oczy.  

 Oczy są zwierciadłem duszy.

 Odnajdziemy w nich dokładnie to, za czym wcześniej tak tęskniliśmy. Ja - ciepło i bliskość, radość i smutek, rozwagę i szaleństwo, piękno i talent, ona - nie jestem pewien, co znajdzie we mnie, lecz wiem, że dzięki temu będzie szczęśliwa.

 Lecz przede wszystkim znajdziemy siebie; ja Ją, ona Mnie. Dwie dusze, dwie komety, dwie gwiazdy, dwa nagłe porywy wichru, dwa promienie słońca w chłodny zimowy dzień, splecione ze sobą nieodgadnionymi wyrokami Przedwiecznego. 

 Zanim jednak osiągniemy pełnię, szczyt, doskonałość, ideał, będziemy siebie odkrywać. Powoli, nieśpiesznie. Bez gwałtowności, bez przymusu. Nie na siłę.

"I powiem jej: „Nie śpiesz się, żeby mnie poznać: nie ma we mnie nic, co dałoby się pojąć. Jestem przestrzenią i czasem albo stawaniem się”. Jeżeli potrzebuje mnie tak, jak ziarno potrzebuje ziemi, żeby się stać drzewem, nie stłumię wzrostu ograniczając ją".

 Będę obok Niej, ale nie dla samej przyjemności bycia obok Niej; będę obok Niej po to, aby wesprzeć ją mym ramieniem, otrzeć jej łzy i obronić przed smokiem. Ale także po to, aby w pełni uświadomiła sobie kim jest, jak jest i dlaczego jest na tym świecie.

 Będę dla niej czasem i przestrzenią, będę dla niej drogą. Będę dla niej żyzną ziemią. Będę dla niej orłem, który wyniesie ją ponad chmury, aby stamtąd ujrzała doliny, górskie łańcuchy i gwiazdy.

 Nie będę jej ubóstwiał pustym ubóstwieniem, nie będę krzyczał z zachwytu na jej widok, nie będę opiewał pieśnią jej piękna, próbując zapewnić jej w ten sposób nieśmiertelność.

"Ale i nie będę jej czcił dla niej samej. Chwycę ją twardo w szpony miłości. Moje uczucie będzie dla niej jak orzeł o potężnych skrzydłach. I wcale nie mnie zobaczy z wysoka, ale poprzez mnie doliny i górskie łańcuchy, gwiazdy i bogów".

 Jeżeli upadnie, podniosę ją. Jeżeli upadnie drugi raz, także ją podniosę. I trzeci, i czwarty, i setny, i tysięczny. Wejdę w najgorsze bagno, narażę się na pośmiewisko i kpinę, poranię sobie łokcie i kolana, przeleję własną krew. Dam się zhańbić, pozwolę się upokorzyć, nie zaprotestuję, gdy będą mnie dotkliwie i wymyślnie ranić; słowami, gestami i czynami.

 Wszystko w Jej imię, w imię Prawdy oraz w imię Miłości.

 A na końcu wspólnie powędrujemy ku łąkom o świcie.

 "Bo nie chodzi tu wcale o mnie. Ja jestem tylko tym, który cię niesie. I nie chodzi też o ciebie: ty jesteś tylko ścieżką prowadzącą ku łąkom o świcie. Nie chodzi o nas: jesteśmy razem przejściem ku Bogu, który na krótki czas obiera nasze pokolenie i posługuje się nim".

 *** 

 Autorem cytatów jest Antoine de Saint-Exupery 
 
Read more

poniedziałek, 12 października 2015

Nie-moje pokolenie

0 komentarze

"Jestem człowiekiem, który mógłby być potrzebny w razie kryzysu, królikiem doświadczalnym na potrzeby istnienia". - Soren Kierkegaard

 "Biada tym, którzy się uważają za mądrych
i są sprytnymi we własnym mniemaniu!
  Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina
i dzielni w mieszaniu sycery.
  Tym, którzy za podarek uniewinniają winnego,
a sprawiedliwego odsądzają od prawa.
  Przeto jak słomę pożera język ognisty,
a siano znika w płomieniu,
tak korzeń ich będzie zgnilizną,
a kiełek ich jak pył porwany się wzniesie,
bo odrzucili Prawo Pana Zastępów
i wzgardzili tym, co mówił Święty Izraela". - Księga Izajasza 5, 21-24

 To nie będzie długi tekst, a przynajmniej w założeniu nie powinien taki być. Tym razem nie mam zamiaru opisywać żadnego fenomenu, żadnego zjawiska, nie będę odsłaniał przed Wami, Drodzy Czytelnicy, sekretów naszego przewrotnego i zabawnego świata. W najmniejszym stopniu nie czuję się na siłach, aby to uczynić; moje ostatnie obserwacje świata zewnętrznego nie należą do najoryginalniejszych, moje doświadczenia wewnętrzne są na ten moment zbyt rozmyte i zbyt niejednoznaczne, żeby przekuć je w stabilną myśl. I właśnie dlatego dzisiejszy tekst poświęcę jednemu zasadniczemu wnioskowi, do którego doszedłem dawno temu i do którego już zdążyłem się przyzwyczaić.

 Brzmi on następująco: nie należę do pokolenia, w którym się urodziłem; co więcej, nie należę również do żadnego pokolenia; ani do tego, które było przede mną, ani tego, które przyjdzie po mnie.

 Wniosek ten na pierwszy rzut może wydać się mocno przygnębiający. Jak w takim razie porozumiewam się z innymi ludźmi? Jak jestem w stanie spędzać w ich towarzystwie tak mnóstwo czasu? Jak jestem w stanie ich słuchać, do nich przemawiać, z nimi dyskutować? Czy jestem w stanie zrozumieć ich sposób myślenia? Ich uczucia? Ich doświadczenia? Czy to w ogóle możliwe? Czy może każdego dnia wkładam maskę i bawię się w aktora, przytakując, wysłuchując, rozmawiając i przebywając z ludźmi, a powróciwszy do domu zrzucam ją i wyładowuję swoją frustrację i żale?

 Na szczęście tak nie jest. W przeciwieństwie do wielu niezrozumianych geniuszy (za którego bynajmniej wcale się nie uważam), niezliczonych artystów wyprzedzających swoją epokę (do których tym bardziej nie należę) i innych osobników, którzy z własnej woli ustawili się na marginesie społecznym, nie wypowiedziałem wojny mojej epoce i mojemu pokoleniu. To znaczy kiedyś tak uczyniłem i wytrwałem w takim nastawieniu niecałe pół roku. Teraz, pomimo całego niezrozumienia i żalu, nagromadzających się we mnie szczególnie jesienią, całej tej melancholii dominującej w mojej naturze, ironii, z jaką podchodzę do życia, czasem przesadnej powagi i idealizmu, mojej nieustępliwości w sprawach najważniejszych, przesadnej wrażliwości i niepokoju wypełniającego moją duszę, próbuję się odnaleźć w tym świecie.

 Po pierwsze dlatego, że nie mam wyjścia.
 Po drugie dlatego, że nawet gdybym dysponował wehikułem czasu, w żadnej innej epoce nie odnalazłbym tego, czego poszukuję.
 A po trzecie, i najważniejsze: zdążyłem zapuścić korzenie w tym świecie . Do całego mnóstwa rzeczy i osób się przywiązałem; niektóre pokochałem, bez niektórych nie wyobrażam sobie życia, niektóre tworzą podstawę mojego światopoglądu.

 I chociaż bardzo często zdarza mi się spoglądać na ten świat i na to pokolenie ze smutkiem i rozpaczą, to pomimo wszystkich jego wad i ułomności staram się je kochać. Jest to miłość trudna, pełna wzajemnych oskarżeń, kłótni i sporów; miłość, która w równej mierze składa się z czułych słów i komplementów, co przekleństw i kpin.

 Lecz mimo wszystko staram się je kochać.

 W innym wypadku moje życie stałoby się niekończącą się litanią narzekań, błędnym kołem zadręczania się i z góry przegraną wojną o naprawę świata.


Read more

niedziela, 20 września 2015

Jakie będzie przyszłe pokolenie?

0 komentarze

 W jednym z odcinków bajki "Fineasz i Ferb" (nawiasem mówiąc, jest to jedna z najzabawniejszych i zarazem najinteligentniejszych bajek, jakie miałem przyjemność oglądać) starsza siostra tytułowych bohaterów serii w końcu dopina swego i dzięki skonstruowanemu przez nich (ironia losu?) wehikułowi czasu przyłapuje ich na budowaniu niebezpiecznej kolejki górskiej. Zadowolona z siebie, przez krótką chwilę rozkoszuje się smakiem długo wyczekiwanego triumfu, a następnie decyduje się powrócić do swojej rzeczywistości, aby w niezmąconym spokoju delektować się resztą lata bez uciążliwych i irytujących wynalazków swoich braci. Spotyka ją jednak niemiłe zaskoczenie. Otóż okazuje się, że jej rzeczywistość przemieniła się w anty-utopię, szarą, pozbawioną barw, wypełnioną przez fabryki i produkowany przez nie trujący dym, zarządzaną przez dyktatora - złego i szalonego naukowca w białym kitlu, którego absurdalne rozporządzenia, jeszcze absurdalniej uzasadnione, doprowadziły do takiej sytuacji. Zdezorientowana bohaterka, próbująca się połapać i zrozumieć zasady funkcjonowania tego świata, pyta komputer o przyczyny następującego stanu rzeczy, a ten radosnym głosem oznajmia jej, że po wyczynie ich braci zakazano wszelkiej kreatywności. Niech przemówią twórcy bajki:

"Zatroskane grono rodzicielskie postanowiło zakazać wszelkiej kreatywności u dzieci zanim stanie się krzywda. Wszelkie rzeczy fajne i wyjątkowe zostały zabronione; niebezpieczne huśtawki przerobiono na łóżka szpitalne, obrazki do kolorowania sprzedawano od razu ładnie pokolorowane. Koniec końców dzieci zaczęto chronić przed nimi samymi i zostały właściwie zabezpieczone aż dorosną".

  Z tej absurdalnej wizji moim zdaniem warto zapamiętać dwa wyrażenia: "zakazać wszelkiej kreatywności u dzieci" i "chronić dzieci przed nimi samymi". Bo po wyeliminowaniu tła, jakie stanowi bajka (a zarazem wprowadzenia do tego tekstu), może okazać się, że problem rzeczywiście istnieje i że owe dwa wyrażenia w pewnym sensie go obrazują.

 Nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że nie lubię szkoły. Nie tylko ze względu na ilość pochłanianego przez nią czasu (kto się ze mną nie zgadza, kalkulatory w dłoń!), nie tylko dlatego, że przymusza mnie do nauki tego, co mnie nudzi i co nie przyda mi się w życiu (ucz się, ucz, wzorów skróconego mnożenia!), nie tylko dlatego, że czasem czuję się, jakbym znajdował się w więzieniu. W gruncie rzeczy nawet jestem w stanie pokornie znieść te niedogodności. Ale jednej rzeczy nigdy nie zniosę.

 Szkoła zabija kreatywność. Weekend spędzony na łonie natury, spotkanie i rozmowa z przyjacielem, spacer wieczorową porą, godzina jeżdżenia na koniu, dobry koncert i przede wszystkim lektura książek - to wszystko w pewien sposób rozwija młodego człowieka, czyniąc jego charakter pełniejszym i pozwalając na lepsze rozeznanie własnych zdolności. A przekazywanie wiedzy? W dziewięciu na dziesięć przypadkach odbywa się na zasadzie bezsensownego zmuszania dzieci do zapamiętania konkretnych faktów, wydarzeń, wzorów, metod pisania i teorii. Powierzchowne tłumaczenie i unikanie mojego ulubionego (a przez tak wiele osób znienawidzonego) pytania "dlaczego". W dodatku wszystko to w aurze stresu, niekiedy wyścigu szczurów i nieustannej wojny; "kto dostanie szóstkę ze sprawdzianu?"; "kto będzie miał wyższą średnią na koniec roku?"; kto zda egzamin na sto punktów i dostanie się do elitarnej szkoły?". 

 Ambicje, szalone i nieopamiętane realizowanie ambicji, czasami podszyte niespełnieniem osobistym rodziców. Ile jest w tym miejsca na nauczenie się posługiwania własnym rozumem? Niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie w głębi serca.

 Zanim zmierzymy się z tytułowym pytaniem, jeszcze jeden obrazek. Wczoraj, podczas Spotkania Naprawdę Katolickiej Młodzieży w Rostkowie (dla odróżnienia od młodzieży, która chodzi na religię tylko po to, żeby mieć wyższą średnią na koniec roku) w trakcie mszy obok mnie znajdowała się grupa gimnazjalistów, która przez całą mszę rozmawiała, śmiała się, bawiła się telefonami i miała generalnie raczej w nosie to, co działo się na ołtarzu. Ich zachowanie nie tylko zasługuje na krytykę z religijno-liturgicznego punktu widzenia, ale również obrazuje pewną interesującą i smutną tendencję.

 To, co dla wielu poprzednich pokoleń było święte i nietykalne, dla dzisiejszej młodzieży stanowi niezłe źródło "beki" (dla niewtajemniczonych w młodzieżowy slang: żartów) i niepotrzebny ciężar. I nie chodzi tylko o wiarę. Wręcz o mdłości przyprawia mnie patriotyzm oparty o deklarację typu "Kocham moją ojczyznę, płacę podatki i sprzątam po swoim psie, ale gdyby była wojna, to bym uciekał stąd w popłochu, a dziś dzielnie wspieram wszystkie inicjatywy antynacjonalistyczne; Dlaczego Ministerstwo Kultury miałoby wesprzeć finansowo film o rotmistrzu Pileckim? A na co to komu! Lepiej niech sfinansują kolejne dzieło, w którym źli Polacy mordują dobrych Żydów a wszystkiemu przypatrują się przybyli z Kosmosu naziści". Dla mnie jest to absolutnie niewytłumaczalne. Młodzi ludzi wyszydzają wiarę, wyszydzają własną ojczyznę, wyszydzają słabszych z własnego grona lub po prostu innych - tych, którzy po prostu się wyróżniają. A jeżeli nie wyszydzają, to mają to w nosie.

 I w ten oto płynny sposób dochodzimy do pytania tytułowego. Jakie będzie przyszłe pokolenie?

 Przyszłe pokolenie będzie jeszcze bardziej zniewolone przez technologię. Już teraz smartfony, komputery, tablety, internety, fejsbuki i snapchaty mają spory wpływ na życie przeciętnego młodego człowieka. A zwiększanie się tego wpływu to proces niemożliwy do zatrzymania; puszka Pandory została nieopacznie otwarta, a z upływem lat będziemy mieli okazję podziwiać jej dzieło zniszczenia.

 Przyszłe pokolenie będzie jeszcze bardziej szorstkie, niewrażliwe (lub momentami aż naiwnie przewrażliwione) i egoistyczne. Wychowane przez zabieganych i zapracowanych rodziców, roszczeniowe dzieci będą za wszelką cenę dążyć do celu, nie oglądając się za siebie, bez współczucia i zrozumienia. Będzie mijać żebraków nawet nie ze wstydem odwracając spojrzenie, ale z pogardą i satysfakcją spoglądając na kogoś słabszego, kogoś komu się nie udało.

 Przyszłe pokolenie będzie pluło jadem, parskało nienawiścią i niszczyło Każdego Wyróżniającego Się Spośród Tłumu.

 Przyszłe pokolenie będzie obracało w proch i pył (albo zwyczajnie lekceważyło) dziedzictwo dawnych epok i na nich budowało swoją przyszłość. 

 Przyszłe pokolenie będzie uwięzione w szklanych klatkach, zwanych dla niepoznaki biurami i w innych klatkach, takich niewidzialnych, wewnątrz własnych umysłów. To będzie całkiem przyjemne uwięzienie; nie będą odczuwali potrzeby ucieczki, ponieważ wszystko będą im podsuwać pod nos: najwykwintniejsze potrawy, najlepsze alkohole, najprzyjemniejsze przyjemności. Wszystko z jednym zastrzeżeniem: nie wyściubiaj nosa poza klatkę, żadnych duchowych i metafizycznych poszukiwań!

 Przyszłe pokolenie będzie relatywizowało dobro i zło, nazywając białe czarnym i czarne białym w dziennym świetle, przyzwalając na aborcję nienarodzonych dzieci i jednocześnie chroniąc przed wyginięciem zagrożone gatunki koników polnych.

 Przyszłe pokolenie zastąpi przymiotnik "zły" przymiotnikami "niewłaściwy", "nietolerancyjny", "ksenofobiczny", "nietolerancyjny" i "antysemicki".

 Przyszłe pokolenie będzie dzielnie kontynuować budowę nierzeczywistej i absurdalnej cywilizacji własnych ojców i matek, cywilizacji zżerającej własny ogon, nieukonstytuowanej w wieczności i gnającej z zawrotną prędkością ku przepaści. Przyszłe pokolenie żarliwie będzie izolować i poddawać ostracyzmowi nielicznych proroków, próbujących zawrócić ich z tej drogi.

 Przyszłe pokolenie będzie z łatwością manipulować słowami.

 I na sam koniec: przyszłe pokolenie nie będzie umiało kochać. Będzie tylko potrafiło czerpać przyjemność i w ostateczności właśnie to je pogrąży. Utopi się we własnych frazesach, we własnej niewdzięczności, we własnej nienawiści i we własnej pustce.

 A przetrwają tylko Ci, Którzy Będą Umieli Kochać.
 
Read more

niedziela, 13 września 2015

Wstajesz, idziesz, żyjesz!

0 komentarze

 " - Czuję całą sobą, że coś jest nie w porządku, ale nie potrafię zrozumieć - co.
  I Bromba się rozpłakała.
  Niewiarygodne, ale jednak prawdziwe. Ona, która zawsze pomagała innym. Ona, której nie przerażały mroczne zakamarki dziury kosmicznej, Kameleon-Super i najtrudniejsze podręczniki filozofii. Nie było to oczywiście jakieś rozpaczliwe łkanie czy głośne biadolenie. Ot, po policzkach naszej bohaterki potoczyły się trzy łzy. Tyle. A jednak tych kilka kropel wywołało wstrząs wśród jej najserdeczniejszych przyjaciół.
  - Czy to oznacza, że nie ma niezłomnych? - pomyślał Kajetan i spojrzał Makawitemu w oczy. - Nie ma - odpowiedział mu wzrokiem kot. - Każdego może dopaść rozpacz. W najmniej spodziewanym momencie."

 Uczyńmy ten fragment punktem wyjścia dla mojego tekstu. Kto w dzieciństwie (lub w jakimkolwiek wieku) poznał mieszkańców Naszej Okolicy z kart bajek Macieja Wojtyszki, ten doskonale zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Bo jeżeli istnieje ta jedna osoba, której można bezwarunkowo zaufać, to jest nią właśnie Bromba - tytułowa bohaterka całej serii książek. Mądra, doświadczona, a jednocześnie pełna ciepła, serdeczności i cierpliwości; niezrażająca się, pomysłowa, lojalna. Niezawodna przyjaciółka i znakomita doradczyni, której sama obecność gwarantuje pomyślne rozwiązanie wszystkich spraw i kłopotów. 

 W gruncie rzeczy, nie łączy mnie z nią absolutnie nic. A już szczególnie charakter. Nie jestem ani doświadczony, ani mądry, ani wyrozumiały. Nie mam w sobie nawet kropli empatii z tego, co posiada ona. Nie cieszę się wśród swoich znajomych i przyjaciół reputacją człowieka, do którego można przyjść z każdą sprawą (nie mam im tego za złe; nawet w dużej części ich rozumiem). I przede wszystkim nie osiągnąłem w życiu absolutnie nic. A przynajmniej nic takiego, co sprawiłoby, że w głębi duszy odczuwałbym w każdej chwili pewność co do tego, że jestem coś wart. Poza jednym: mnie również ostatnio dopadła rozpacz w najmniej spodziewanym momencie.

 Nie spodziewałem się jej; tkwiłem  w pułapce fałszywej pewności siebie, przekonany o tym, że solidny fundament, na którym postawiłem swoje życie, nie ma prawa się zachwiać. Wydawało mi się, że ułożyłem sobie kilka podstawowych spraw i kilka podstawowych relacji. Na dodatek działałem prężnie i śmiało jak nigdy. Na ustach miałem piękny cytat o tym, że człowiek pełen radości może wszystko, na głowie wiele rzeczy do załatwienia (które koniec końców udało mi się załatwić), a w sercu niecierpliwe oczekiwanie - z takim podejściem przecież wszystko musi pójść po mojej myśli!

 Życie pokazało mi, jak dotkliwie się pomyliłem. W czterdzieści osiem godzin moja pewność siebie, moje poczucie własnej wartości i fundament mojego życia zostały dosłownie zbombardowane. Pokłóciłem się z osobą, której zawdzięczam dosłownie wszystko. W pewnym stopniu naprawiłem swoją relację z inną osobą, po to by lada moment wrócić do dawnej wojny podjazdowej. Przeżyłem moment trwogi, przebywając w towarzystwie znajomych i przyjaciół, kiedy to uświadomiłem sobie, że choć łączy nas wiele, to jednak zawsze pozostanie ta ostatnia granica niezrozumienia, której oni nigdy nie przekroczą. Siedziałem pośród zgiełku, obserwując, słuchając, czasami coś wtrącając od siebie. Zrobiło mi się duszno i gorąco. W pewnej chwili ponownie poczułem się samotny i wyobcowany i jedyne czego pragnąłem to, wyjść na dwór i schłodzić rozgrzaną głowę.

 Gdybym miał określić to uczucie jednym słowem, posłużyłbym się terminem, który swego czasu wymyśliłem i który w mojej interpretacji jest bardzo dosadny - nieprzynależenie.

 A na koniec jeszcze przeżyłem prawdopodobnie największy i najbardziej intensywny kryzys wiary od czasu mojego nawrócenia. Trudno nawet wskazać konkretne miejsce, w którym coś zaczęło szwankować; to było takie zbicie naczynia. Nie wiadomo, gdzie to się rozpoczęło i gdzie skończyło. Zacząłem wątpić praktycznie we wszystko, w moim sercu zrodziła się przedziwna gorycz i rozczarowanie, znużenie i poczucie odrzucenia. Choć może to zabrzmieć dziwnie i głupio (bo w końcu tak na serio katolikiem jestem dopiero od dwóch lat), to poczułem się tą moją wiarą zmęczony.

 Dawno nie przeżyłem takiego kryzysu. Takiego kryzysu na serio, kiedy prawie wszystko wali Ci się w gruzy, a to, co uznajesz za bezdyskusyjnie pewne, nagle przestaje Cię satysfakcjonować. A wszystko z czym się identyfikujesz, bez żadnego konkretnego powodu przeobraża się na Twoich oczach w stek bzdur.

 Wiesz jak to wszystko się skończyło? Nie hucznym zwycięstwem nad własną słabością. Nie triumfalnym powrotem do dawnego życia, w chwale i glorii tego, który przezwyciężył próbujące go zniewolić siły ciemności i mroku. Nie upokorzeniem i wyszydzeniem własnych wątpliwości.

 Skończyło się dokładnie tym, czego wcześniej mi zabrakło. Pokorą i refleksją nad samym sobą, odnalezioną podczas klęczenia i następującego po nim spaceru. Nie przekroczyłem żadnej metafizycznej granicy. Nie rozmawiałem z Bogiem twarzą w twarz. Nie doznałem objawienia. Po prostu zacząłem się zastanawiać i zrozumiałem, że...

 Nie ma sensu rozczulać i litować się nad sobą. A o tym, co należy zrobić w takiej sytuacji powie kolejny fragment:

"- Czy opowiadałem ci kiedyś, czego nas uczono w Akademii?
  - Nie...
   Detektyw nigdy nikomu nie opowiadał, czego go uczono w Akademii. 
  Nadstawili uszu.
 - Mieliśmy długie bojowe marsze nocą. Każdy z nas mógł wtedy zginąć, bo las był pełen zasadzek. I to wcale nie markowanych. Czyhały węże, trujące storczyki, jadowite skorpiony. A nasz kapitan, nieodżałowanej pamięci pointer Maks, kiedy leżałem w błocie na głębokości jednego metra i miałem uczucie, że nigdy, przenigdy nie wygrzebię się z tego paskudnego rowu, stawał nade mną i spokojnie mówił: - Przestań się nad sobą rozczulać. Wstajesz, idziesz, żyjesz. Rozumiesz?"

 Właśnie te ostatnie słowa niech stanowią przesłanie mojego tekstu. Jeżeli kiedykolwiek dopadnie Cię wewnętrzny kryzys, nie szukaj na siłę jego rozwiązania. Znajdź ten brakujący element, który doprowadził do kryzysu, pozwól, aby zagościł w Twoim życiu i przede wszystkim nie rozczulaj się nad sobą. Nie musisz od razu uśmiechać się od ucha do ucha dwadzieścia cztery godziny na dobę.

 Ale też nie pogrążaj się jeszcze bardziej w błocie.
 Pamiętaj: wstajesz, idziesz, żyjesz!

----------------------------------------------------------------------------------
Obydwa cytaty pochodzą z książki Macieja Wojtyszki pt. "Bromba i Psychologia"
Tekst opatrzony zdjęciem Guillermo Carballi

Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009