"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Zło jest złem zawsze i nie przestaje nim być nigdy ...

15 komentarze
"Aborcja nie sprawi, że unikniesz bycia matką. Aborcja sprawi, że będziesz matką martwego dziecka".

  Są pewne tematy, na które po prostu nie lubię się wypowiadać, bo uważam, że brakuje mi kompetencji, doświadczenia czy najzwyklejszej mądrości życiowej. W końcu jestem tylko głupim osiemnastolatkiem, który nie zna życia, nie zakosztował w pełni jego gorzkich owoców, a co i rusz stara się wymądrzać w kwestiach, o których nie ma bladego pojęcia. Dobra, niech tak będzie. Może i tak rzeczywiście jest, nie wiem. Trudno mi oceniać. Mniejsza jednak o to. Dziś przełamuje swoją niechęć i piszę o aborcji, ponieważ czuję taką potrzebę i budzi się we mnie poczucie obowiązku. A tuż za nim rozlega się cichy, acz bezkompromisowy szept sumienia, nie tyle zachęcający, co nakazujący: "Musisz dać świadectwo, nieważne co pomyślą o tobie inni...". Przystaję na to. Daję świadectwo. Czemu? Głupocie, naiwności i życia niepraktycznymi ideałami, czy wierności własnym ideałom i pragnieniu ochrony każdego życia ludzkiego? - rozsądźcie sami.

 Zacznijmy od tego, że nie jestem kobietą, nigdy nie będę matką, a co za tym idzie, nigdy nie zrozumiem tego, co czuje matka: matka dziecka chorego, dziecka niechcianego czy dziecka pochodzącego z gwałtu. Lecz czy to miałoby dyskwalifikować moją ocenę moralną już na starcie? Nie, to przesadne uproszczenie i spłycenie dyskusji. "Sam nigdy nie byłeś w takiej sytuacji i nie wiesz, jakbyś się zachował!" - czy to nie infantylne? Czy cały mój system wartości i moja moralność mają opierać się wyłącznie na tym czego doświadczyłem/doświadczam/mam szansę doświadczyć? Wolne żarty. Mam prawo do swojego zdania i wypowiem je właśnie teraz, głośno i dobitnie, na przekór wszystkiemu:

Aborcja nie jest "sytuacją", "trudną decyzją", "koniecznym wyborem". 
Aborcja jest czynem. Aborcja jest aktem woli.

  I to jakim czynem? Najgorszym z możliwych. Odebraniem życia. Nie chcę tu się bawić w zasadność użycia określeń "zabójstwo" czy "morderstwo", bo nie o to tu idzie - ostatecznie każda sytuacja jest inna i do każdej trzeba podchodzić przynajmniej z ostrożnością, aby uniknąć wydania przedwczesnego niesprawiedliwego sądu. Jednak dla mnie te wszystkie usprawiedliwiające czynniki nie stanowią wystarczającego wytłumaczenia. Bo czy owe "dodatkowe okoliczności" coś zmieniają? Czy to ma aż takie znaczenie, w jakim wieku jest matka? Albo czy dziecko jest owocem niewierności małżeńskiej, gwałtu czy młodzieńczej lekkomyślności? Przecież to nie w tym kryje się istota problemu!

 Mam nadzieję, że łapiecie, o co mi chodzi. Ludzie powołując się na te wszystkie czynniki i hipotetyczne sytuacje, przez co zacierają, ukrywają i wypaczają prawdziwy sens aborcji. A jej treścią (bo trudno nazwać to przecież sensem) jest uśmiercenie człowieka. Jej treścią jest zło. A tak się składa, że ja zła nie toleruję.

 I jakkolwiek pragnę staram się być wyrozumiały i miłosierny dla wszystkich moich bliźnich, tak owo obostrzenie przestaje obowiązywać na płaszczyźnie wyborów i decyzji etycznych. Nie chcę potępić człowieka, chcę potępić zło!

 A aborcja ze wszech miar jest złem. I to kryjącym w sobie ten pierwiastek perfidnego wyrafinowania, którego nienawidzę; kobiety wybierać muszą pomiędzy własną wygodą, bezpieczeństwem a wyrzeczeniem. I w swej słabości czasami ulegają tej pokusie, co w wielu sytuacjach posiada tragiczne (nie tylko dla nienarodzonych dzieci, ale również dla ich psychiki) następstwa.

 Mały, bezbronny, osamotniony, słaby, człowiek. I matki, które świadomie bądź nie podpisują na niego wyrok śmierci. 

 I zanoszące się szyderczym śmiechem Wielkie Zło, zaskoczone i dumne z tak powszechnego wsparcia i akceptacji dla swych działań.

"Nie mogę uwierzyć, pokonują nas słowem
W miejsce człowiek, wymyślono słowo nowe
Produkt zapomnienia, fragment tkanki, skrzep
Odpad biologiczny spalony przez piec
Wyważona wrażliwość nie pozwala myśleć
Że ta mała iskierka to może jednak życie"





Read more

niedziela, 27 marca 2016

Ich bronią jest strach, naszą - łzy...

0 komentarze

  Czasami tak się zdarza, że jedna sytuacja, jedna migawka, jeden obrazek, jeden skrawek rzeczywistości doskonale ilustruje całokształt pewnego zjawiska. Zbędne wydają się wtedy rozbudowane komentarze, głębokie analizy i szczegółowe opisy - wszystko teoretycznie wydaje się jasne. Jednakże po spojrzeniu z innej perspektywy okazuje się, że te raczej nietrudne do zinterpretowania sytuacje gromadzą w sobie tak wiele charakterystycznych dla konkretnego momentu tendencji, że jakby na przekór swojej pozornej prostocie ujawniają pewne ciekawe, choć niekoniecznie rzucające się w oczy wnioski.

źródło: tvn24.pl
 Właśnie taką wymowną sytuacją moim skromnym zdaniem były łzy p. Federici Mogherini, szefowej unijnej dyplomacji, podczas konferencji prasowej po ostatnich zamachach w Brukseli. Cóż one oznaczają?

  Po pierwsze, pokazują, do czego zdolna jest Unia Europejska (nie w znaczeniu wszystkich zrzeszonych państw członkowskich, ale administracji na szczeblu centralnym). Ten przedziwny twór, który z każdym krokiem zmierzającym do ograniczenia wolności gospodarczej i politycznej swych członków tracił rację bytu, aspirujący do partycypowania w najważniejszych i najdonioślejszych dla świata naradach i decyzjach, okazuje się bezsilny wobec kolejnego ataku terrorystycznego i zamiast podjęcia jakichkolwiek konkretnych działań (przypominam: dyrektywy, hasztagi, marsze poparcia to wbrew pozorom nie są konkretne działania) reaguje zalewem kondolencji, głębokim przejęciem i tymi wyżej już wspomnianymi łzami. Czyli tak naprawdę nie czyni nic. Ci, którzy stoją za zamachami, którzy je zaplanowali gdzieś daleko na Bliskim Wschodzie i wysłali ludzi, żeby je zrealizowali, zataczają się ze śmiechu i wznoszą modły dziękczynne do Allacha, że sprzyja im w wojnie z niewiernymi. A my płaczemy.

 Być może ta analogia jest nie na miejscu, ale muszę się na nią zdecydować, by ukazać w całej okazałości mechanizm stojący za zamachami. Zachodnia Europa i jej elity są jak grupa małych dziewczynek, które dzięki bogatym rodzicom przynoszą codziennie do przedszkola rozmaite luksusowe gadżety i zabawki. Któregoś dnia jednak wpadają one na szalony pomysł: zapraszają do swojego ulubionego kąta zabaw w sali kilku podejrzanych, trochę wyrośniętych chłopaków o groźnym wzroku, wywodzących się z patologicznych rodzin albo wychowywanych wręcz przez ulicę - takich typowych łobuziaków. Same twierdzą, że "trzeba się dzielić" i że "oni też zasługują na fajną zabawę". Z początku zaproszeni starają się nie sprawiać problemów - tylko bacznie lustrują sytuację i ku rozczarowaniu naszych bohaterek wcale nie chcą się z nimi zintegrować; co ciekawe jednak, nie wstydzą się korzystać z ich zabawek, robią to coraz częściej i praktycznie bez pytania właścicielek o zgodę. W pewnej chwili jedna z dziewczynek nieśmiało próbuje zwrócić im uwagę, że zaczyna to wyglądać trochę niesprawiedliwie. I wtedy zaczyna się dramat: chłopcy wszczynają bójkę, głośno krzyczą, kopią, biją i terroryzują (ironia losu, że muszę użyć tego określenia) prawowite właścicielki zabawek. Wtedy jednak jest już za późno. Można było wcześniej przewidzieć rozwój sytuacji, można było zareagować wcześniej ograniczając dostęp do zabawek lub narzucając gościom pewne ograniczenia, zanim  poczuli się wszechmocni i bezkarni. Lecz zadufane i roztargnione dziewczynki nie pomyślały o tymi w ten oto sposób zafundowały sobie tragedię. 

 Tragedię, co warto podkreślić, na własne życzenie. I to taką, której nie rozwiąże żadna pani przedszkolanka.

 Po drugie, bezbłędnie widać dzięki nim niewyciągnięte wnioski. Były zamachy w Paryżu. Służby dostawały wcześniej z różnych źródeł informacje o potencjalnym zagrożeniu, ale oczywiście je zignorowano. Dochodzi do zamachów, zaczyna się chaos, stopniowe uspokajanie sytuacji, potem żałoba i smutek. I rzekome wyciągnięcie wniosków. Co się dzieje po zamachach w Brukseli? Dokładnie to samo. Identyczna sytuacja. Nie wiem, jak bardzo trzeba być pogrążonym we własnych wydumanych wyobrażeniach, żeby ignorować rzeczywistość i nie uwzględniać przy realizacji własnych wizji politycznych tak oczywistych czynników... Za nic w świecie nie potrafię tego zrozumieć. Może jestem głupi, ale gdyby to ode mnie zależało, starałbym się zmienić cokolwiek, wzmocnić systemy ochronne i monitorujące, przemyśleć raz jeszcze koncepcję polityki społecznej i imigracyjnej, wprowadził lepsze kontrole... Wszystko jedno, byle działać. Ale najwyraźniej elity europejskie są na tyle nieomylne, że takie drobne wpadki nie mogą wpłynąć na zmianę kursu wielkiego statku "Europa", na pokładzie którego znajdujemy się my wszyscy...

 Po trzecie, pokazują z jakiej gliny ulepieni są dzisiejsi europejscy przywódcy. Czego dowodzą łzy? Wrażliwości? Smutku? Żalu? Być może. Ale niekoniecznie powinno być dla nich miejsce w przestrzeni publicznej. Dla mnie zarówno p. Mogherini jak i wszyscy inni politycy mogą sobie szlochać w najlepsze w zaciszu swoich luksusowych domostw; tam, gdzie nikt nie będzie stawiał przed nimi problemów, nikt nie będzie oceniał, nikt nie będzie od nich żądał rozwiązań. Gdy jednak sprawa idzie nie tylko o tragedię, ale także o coraz poważniejszy problem społeczno-polityczny, oczekuję zdecydowanej reakcji, konkretnego ustosunkowania do sytuacji, a nie w najlepszym razie ckliwości i chwiejności emocjonalnej, a w najgorszym - zaplanowanego gestu pod publiczkę.

 Wcale nie lepiej przedstawia się kondycja samych zachodnich społeczeństw. W jaki sposób reagują oni na takie a nie inne zachowania swoich przywódców? Podnoszą sprzeciw? Dostrzegają śmieszność i banalność niektórych inicjatyw? A może przynajmniej kolejne tragedie zmuszają ich do pogłębionej refleksji lub przemyślenia nurtów ideologicznych, za którymi bezmyślnie podążają? Nie, skądże. Trwają w tym uparcie, płytko przejęci działaniami zamachowców ustawiają flagi na zdjęciach profilowych, potępiają słowami, maszerują i płaczą. To jest ich odpowiedź. To jest ich broń.
  
 A my? Wszystko to, o czym napisałem, z całą pewnością będzie postępowało. Spirala strachu została puszczona w ruch, nie unikniemy kolejnych zamachów, jeszcze bardziej krwawych.  Niewiele wskazuje, żeby europejscy przywódcy zmądrzeli. Czym zatem się obronimy? Łzami? Hasztagami? Marszami przeciwko strachowi odwołanymi z obawy przed zamachami (nawet Monty Python by tego nie wymyślił)? Nie, nie tędy wiedzie droga. Potrzeba nam odwagi, potrzeba nadziei, potrzeba żelaznej woli. Potrzeba konsekwencji. Potrzeba konkretnych działań.

  I, nade wszystko, przezwyciężenia strachu.

  Bo jak powiedział Grzegorz Braun: "Jeżeli się boisz, już jesteś niewolnikiem".


P.S. Jest jednak nadzieja; być może to przypadek, ale dokładnie w Niedzielę Zmartwychwstania wojska Asada odbiły Palmirę z rąk Państwa Islamskiego.
 
Read more

czwartek, 10 marca 2016

W hołdzie artystom

0 komentarze
  Wszystkim tym spośród moich znajomych, którzy zaliczają się do artystów lub są zbyt skromni by za takowych się uważać

 Filozofom-pisarzom teoretycznie powinno być po drodze ze Sztuką, niezależnie jak rozumianą, czyż nie, Drogi Czytelniku? No bo jak to, taki mądry, inteligentny, wszechstronnie utalentowany i wrażliwy człowiek (to ironia, nie samozachwyt) miałby nie znać się na tak ważnej dziedzinie naszej rzeczywistości, wnoszącej tak wiele kolorytu do naszego smutnego i ponurego życia? Aż wstyd się przyznać, Drogi Czytelniku, ale właśnie tak to wygląda. Nie znam się na Sztuce. Nie potrafię wygłaszać przekonującym tonem mądrych zdań o tym, że "coś jest bezpretensjonalne" (nawiasem mówiąc, co to w ogóle znaczy?) lub "przełamujące konwencję". Nie rozumiem tego wszystkiego, co kryje się pod enigmatycznym określeniem "Sztuki Nowoczesnej" - tych wszystkich instalacji, performensów i całej reszty. 

 Najgorsze, że niewiele mam na swoje usprawiedliwienie; sam zwykłem określać swoje nikły talenty mianem "artystycznego upośledzenia". Moich malowideł nie ośmieliłbym się pokazać, nawet jeżeli miałyby one towarzyszyć wystawie prac sześciolatków; moje poczucie rytmu i muzykalność też nie prezentują się najlepiej, doskonale opisuje je prosta sentencja: "więcej chęci niźli możliwości", a o zdolnościach wokalnych mogę powiedzieć tyle, że według lekko zmodyfikowanych augustynowskich standardów modlę się aż potrójnie*.

 Czyli generalnie na pozór nie mam powodów, żeby składać hołd jakimkolwiek artystom, prawda? No nie do końca.

 Bo ze sztuką jest tak jak z miłością, kobietami i filozofią - pojmowanie ich tylko za pomocą rozumu zabija cały ich urok. Nie muszę znać budowy układu nerwowego, żeby kochać; nie muszę rozumieć kobiecej logiki i znać wszystkich rodzajów kosmetyków, jakimi one się posługują, żeby je uwielbiać; nie muszę wnikać w istotę metafizycznych rozważań, żeby móc delektować się filozoficznym dystansem do rzeczywistości.

 No i nie muszę wiedzieć, co kryje się za kulisami dzieła sztuki, by owo dzieło wzbudzało we mnie uczucie; zachwytu, melancholii, podziwu, radości - to już sprawa drugorzędna.

 Zatem jeżeli mam komuś składać hołd, to wcale nie Rembrandtowi, Rubensowi, Velazquezowi czy Matejce (którym oczywiście w żaden sposób nie można odmówić kunsztu), ale wszystkim tym, którzy swoją Sztuką  wzruszyli mnie do głębi, sprawili, że na moment mogłem zanurzyć się w innej rzeczywistości, spojrzeć na świat inaczej, zatrzymać się i pomyśleć. Pomarzyć. Zasmucić się. Rozradować się. Uśmiechnąć. Także wspomnieć.

 Ktoś powie, że to naiwne i banalne, że nie ma w tym żadnej głębi. No i dobrze. Ja nie potrzebuję wydumanej głębi - mi wystarczy proste piękno. Proste piękno, o którym wiem, że u jego korzeni także znajduje się uczucie; które z całą pewnością jest szczere.

 Piękno barwnego obrazu, rysunku, szkicu. Piękno ulotnej melodii zagranej na skrzypcach, flecie, gitarze. Piękno delikatnego kobiecego głosu, śpiewającego, a jakże! o miłości. Piękno teatralnej sceny, oddanej z niezwykłym zaangażowaniem i pasją.

 Piękno ludzkiej wyobraźni.

 To mi wystarczy. Za to wszystko dziękuję i w podziękowaniu za to wszystko składam hołd; ja, filozof-pisarz, artysta-rzemieślnik rzeźbiący w słowach, chylę czoła przed tymi wszystkimi, którzy tworzą Prawdziwą Sztukę i przyznaję, że naprawdę daleko mi do was.

 Co nie zmienia faktu, że nieopisaną przyjemność sprawia mi podziwianie efektów waszej pracy.
 

* - "Kto śpiewa, modli się podwójnie" - tak brzmi oryginalny cytat. W zmodyfikowanej wersji pojawia się jeszcze jego przedłużenie: "kto fałszuje - potrójnie, a kto musi fałszowania słuchać - poczwórnie".
Read more

środa, 2 marca 2016

Dlaczego warto być desperatem?

0 komentarze

 Dobrze wiesz, jak to jest. W końcu kiedyś musiało do tego dojść - klasyczna sytuacja bez wyjścia. Gwoli ścisłości: bez dobrego wyjścia. Stoisz, rozglądasz się, zaczynasz brnąć w scholastycznie rozbudowane analizy, niekończące się kalkulacje i korzystając ze znanych Ci zasad logicznych, szukasz rozwiązania, które pozwoliłoby Ci wyjść z tego wszystkiego bez szwanku, ewentualnie ledwie draśniętym. Idziesz po najmniejszej linii oporu. Idziesz ścieżką wszystkich. Idziesz za tłumem. Oczywiste - bezpieczne - niewyszukane - proste - banalne - pospolite - nudne. Dostrzegasz pewną prawidłowość łączącą te wszystkie przymiotniki? Ekstra, to nie wymaga wcale wielkiej przenikliwości. Wszystkie one towarzyszą naszym powyżej pobieżnie omówionym rozwiązaniom sztampowym. Lecz nie chcę o nich pisać. Jak już wskazałem, nie ma w nich nic fascynującego - nie obchodzi mnie ani ich skuteczność, ani pozorna stabilność przez nie gwarantowana, ani poczucie bezpieczeństwa, które po wdrożeniu ich w życie nagle wyrasta na największą z wartości, momentalnie przesłaniając wszystko to, co liczyło się wcześniej.

 Gardzę tym. Być może niektórym do szczęścia są one potrzebne, mnie jednak wybitnie drażnią, a niekiedy doprowadzają wręcz do szewskiej pasji. I w tym wszystkim nie chodzi wcale o wymyślne hipsterstwo, poszukiwanie na siłę ekscentrycznych, ekstrawaganckich postaw i zachowań; nie, tu chodzi o coś więcej: o kult wolności, pochwałę kreatywności i położenie nacisku na indywidualność (nie mylić z indywidualizmem). I dlatego, jeżeli mam wybierać pomiędzy byciem przeciętnym, zanikaniem pośród szarości świata, traceniem samoświadomości na rzecz zbiorowości i bezmyślnym kopiowaniu wzorców od innych a uchodzeniem w oczach świata za desperata, dziwaka, idealistę czy po prostu wariata, bez chwili zawahania wybieram to drugie. Nie po to, żeby komuś zaimponować; nie po to, żeby zaprezentować w ten sposób mój wstręt wobec dzisiejszej rzeczywistości (choć może również po części tak); nie po to, aby coś komuś w ten sposób udowodnić. Nie, wybieram desperacki styl bycia (jak to w ogóle brzmi?) tylko dlatego, że chcę pozostać uczciwy względem samego siebie - chcę zachować czyste sumienie.

 A jakie mam z tego korzyści? Przede wszystkim niezachwianą pewność bycia sobą, autonomiczności moich uczuć, realności moich uniesień, wrażeń i niepokojów, a także ich wyjątkowości. To samo tyczy się mojego sposobu myślenia i postrzegania świata; być może pewne czynniki kształtowały go na przestrzeni mojego życia (książki, rodzice, wielkie idee etc.), ale z całą pewnością jest on mój. Nie skopiowałem go od nikogo, nie dałem go sobie wtłoczyć do mózgu - stoczyłem (i wciąż toczę) zaciętą walkę i wyszedłem z niej zwycięsko.

 Ponadto trudny do opisania słowami luz i spokój w działaniu. Ograniczyłem liczbę niepotrzebnych zmartwień do minimum. Nauczyłem się ufać: sobie, drugiemu człowiekowi i Bogu. Już nie przejmuję się tym, na co nie mam wpływu i jednocześnie całą swoją uwagę staram się poświęcać temu, co mogę zmienić. Nie boję się ryzykować; nie boję się brać odpowiedzialności za swoje decyzje; nie boję się bycia sądzonym z tego, kim jestem i co sobą reprezentuję. Pomaga mi to szczególnie w sytuacjach ekstremalnych, kiedy gdzieś w pobliżu czai się Naprawdę Wielkie Niebezpieczeństwo, niezależnie od tego, czy jest to dwustumetrowa przepaść, od której dzieli mnie raptem kilka metrów, czy trudny egzamin, który znacząco może wpłynąć na moją przyszłość.

  Jestem świadomy niebezpieczeństwa. Jestem świadomy mojego strachu. Jestem świadomy konsekwencji podjętych wyborów. I właśnie dlatego mogę je przezwyciężyć; już nie są w stanie mnie one przytłoczyć, pozbawić pewności siebie, odebrać nadziei i wiary w sens tego co robię.

  I wbrew temu, co szepcze z politowaniem krytyczna część mojej duszy, jestem także odważny. Nawet jeżeli niepotrzebną brawurę zazwyczaj dławi we mnie zdrowy rozsądek, to gdy wiem, że gra idzie o dużą stawkę, gotów jestem się go wyzbyć i skoczyć bez zabezpieczenia na głęboką wodę. 

  Mogę przegrać. Pewnie nawet przegram. Ale uczynię to z uśmiechem hazardzisty i dumą tego samego rodzaju, z którą walczyli i ginęli Żołnierze Wyklęci - dumą tych, którzy nie wyparli się tego co kochali i którzy byli w obronie tego oddać wszystko, włącznie z własnym życiem. Nawet nie chcę próbować zestawiać siebie z którymś z tych wielkich bohaterów, bo nie dorastam im nawet do pięt, niemniej jednak niemałą przyjemność sprawia mi świadomość, że coś, nawet coś tak drobnego, mnie z nimi łączy.

  Jestem desperatem i jestem z tego dumny!
Read more

sobota, 13 lutego 2016

Miłość w czasach pułapek

0 komentarze

 Jakich pułapek? Zaraz wytłumaczę. Najpierw anegdotka wprowadzająca w temat.

 Jakieś półtorej roku temu uczestniczyłem w szkolnych warsztatach profilaktyczno-psychologicznych (w każdej szkole wygląda to tak samo - przychodzi osoba z zewnątrz, teoretycznie z niezbędną wiedzą i tematem do omówienia, robi krótki lub długi wykład o tym, o czym wszyscy tak naprawdę dobrze wiedzą, potem są ewentualne pytania i dyskusja), których głównego tematu już dziś nie pamiętam, natomiast jedna rzecz omówiona podczas nich wybitnie utkwiła mi w głowie i pozostała w niej aż do dziś. Pani ekspertka (nie jestem pewien, bardzo możliwe, że była ona też policjantką, ale głowy nie dam) opowiadając o różnych zachowaniach typowych dla naszego pokolenia; w którymś momencie przeszła na kwestię relacji damsko-męskich w ujęciu dzisiejszej młodzieży i powiedziała coś w stylu: "Dziś przeciętny związek pomiędzy osobami w waszym wieku trwa mniej więcej dwa tygodnie"...
  Później jeszcze kontynuowała ten wątek, lecz ja niestety reszty nie dosłyszałem, a nawet jeżeli dosłyszałem - to kompletnie jej nie pamiętam; być może podała jakieś źródło, z którego pochodziły owe intrygujące, a z mojej perspektywy wręcz przerażające, wyniki badań, mniejsza o to. Mnie w swoje szpony pochwyciło to jedno zdanie. Siedziałem głęboko przejęty i oszołomiony, przez następne minuty z trudem dochodziłem do siebie, z trudem uświadamiając sobie brutalność dzisiejszych realiów, giętkość uczuciową oraz niewytłumaczalny pośpiech cechujący postępowanie moich rówieśników. To był dla mnie autentyczny szok. Nie potrafiłem zrozumieć tego, jak można w dwa tygodnie zaliczyć wszystkie potencjalne fazy związku, od zapoznania i mniej lub bardziej śmiałego odkrywania siebie, poprzez (nie)normalne bycie ze sobą, spędzanie razem czasu, aż po rozstanie, płacz, gorycz i zapomnienie.
  Do dziś na wspomnienie tamtych słów przechodzą mnie ciarki, a gdy widzę wybitnie niedopasowaną parę, zmierzającą pewnym krokiem w stronę smutnego końca, tajemniczym szyfrem obwieszczam ich los, szepcząc z uśmiechem tę frazę: "Dwutygodniowa miłość..."

* * *
 No to przechodzimy do konkretów. Pułapki. Czym one są? W największym skrócie: postawami i sytuacjami, przez które nie udaje nam się doświadczyć pełni szczęścia w związku i przez które uczucia aspirujące do miana miłości są na swój sposób kalekie, wypaczone, niewłaściwe, nietrafione. Postawami i sytuacjami, które niejednokrotnie motywują ludzi do wejścia w intymną relację z drugą osobą i w których te osoby trwają, kładąc cień na jakość związku. Aby nie brzmiało to tak naukowo i skomplikowanie, podam ich cztery przykłady (na pewno jest ich więcej, znacznie więcej, ale to te cztery najbardziej rzuciły mi się w oczy), pokrótce omówię i przedstawię Tobie moją propozycję ich obejścia/wyjścia z nich. Liczę na dyskusję z Twojej strony.

1. Egoizm czyli tzw. zabawa w miłość tylko dla własnej przyjemności. Bardzo zgubne podejście. Na dłuższą metę prowadzi do zaprzestania uwzględniania we własnym postępowaniu perspektywy tej drugiej osoby (czy tego, co można roboczo nazwać perspektywą wspólną), z miejsca nadaje relacji charakter hierarchiczny, nie partnerski (kojarzycie te wykresiki ze zdaniami współrzędnymi i nadrzędnymi? One to nieźle ilustrują;), uprzedmiotawia osobą służącą osiągnięciu przyjemności, a także sprzyja narastaniu konfliktów. Jeżeli ktoś otwarcie i świadomie, np. poprzez swoje zachowanie, oznajmia, że do tego w gruncie rzeczy sprowadza się dla niego związek, to raczej nie spotyka się z ciepłym przyjęciem, takich kamikaze jest niewielu. Natomiast reszta, czyli przeważająca większość przedstawicieli tego gatunku, próbuje ukryć swoje intencje. I zasadniczo to im się udaje. Jeżeli coś wychodzi na jaw, to przez przypadek lub przez zgubne przebranie miary, "przyjemnościowe łakomstwo". Nie trzeba tłumaczyć, jak destrukcyjny wpływ mają takie sytuacje na związek; bo nawet jeżeli prawdziwa miłość to służba, to służba wzajemna.

2. Poszukiwanie akceptacji, zrozumienia, bliskości, opieki. Pozornie może wydać Ci się, że taka sytuacja stanowi dokładne przeciwieństwo tej poprzedniej. W końcu z jednej strony mamy twardy egoizm, graniczący wręcz z hedonizmem, a z drugiej takie wspaniałe określenia "akceptacja, zrozumienie, bliskość". Jak i czy w ogóle można coś tak pięknego nazwać pułapką? Można. Wystarczy, tak jak zawsze, zmienić perspektywę. Czym tak naprawdę jest pierwsza z przedstawionych pułapek? Niepohamowanym czerpaniem i wykorzystywaniem dobroci drugiej osoby dla własnych bliżej nieokreślonych celów. Czym jest pułapka numer dwa? Dokładnie tym samym, tylko że cel już zostaje wyznaczony; są nim właśnie te piękne tytułowe określenie. Warto zaznaczyć, że nie neguję samej ich wartości, ale pragnę zaznaczyć, że postawienie ich w centrum związku może okazać się nadzwyczaj szkodliwe.

3. Nuda. Teoretycznie sprawa prosta i banalna. Nudzi mi się, więc wezmę i się zakocham. Albo: kurczę, nudzi mi się już w tym związku, może czas z niego zrezygnować i przerzucić się na inny? Tu także kryje się pułapka, można ją nazwać "rozmyciem/ignorowaniem celu". O co w tym chodzi? Jeżeli człowiek postanowi wejść w miłość z nudy, prawdopodobnie nie poświęci nawet sekundy na określenie tego, do czego chce, aby ta miłość go doprowadziła. Ignoruje cel, ignoruje przyszłościowy punkt widzenia. "Jest tu i teraz. Bawmy się!". W drugim z przypadków cel się rozmywa, przestaje wydawać się realny. "Chcieliśmy osiągnąć Idealną, Prawdziwą Miłość. Nie wychodzi nam. Ciągle coś zawadza, coś staje nam na drodze. Przecież nie ma szans, żebyśmy kiedykolwiek to zrealizowali...". I w tym miejscu zaczyna się rozglądanie na bok, poszukiwanie alternatywy, które może wykończyć dobrze rokujący związek czy rozbić długo ze sobą będącą parę. Nuda jest groźniejsza, niż nam się wydaje.

4. Presja społeczna: normy obyczajowe, przyjaciele, szeroko pojęte "Co Inni Pomyślą?". Strasznie mnie to złości, ale nic nie mogę na to poradzić. "Wszystkie twoje przyjaciółki mają już chłopaków tylko ty jeszcze nie? Koniecznie musisz sobie jakiegoś znaleźć" - podpowiada wcale nie twój głos w twojej głowie. "Masz już x lat i jeszcze nie znalazłaś męża? Przecież chyba nie zamierzasz zostać starą panną, prawda?". "Wiesz, jak zaimponujesz chłopakom na dzielni, jak wyrwiesz tamtą, no wiesz, tą co tam stoi? Pękną z zazdrości!". I milion innych podobnych sytuacji. Miłość jako tylko środek do osiągnięcia innego celu. Zaspokojenia oczekiwań innych, zaimponowania, wcielenia się w konkretną, narzuconą z góry, rolę społeczną. U Ciebie też to wzbudza niesmak i zdegustowania? Niestety, na to nic się nie poradzi. A te czynniki wbrew pozorom również odgrywają istotną rolę przy podejmowaniu decyzji, w tym także tych związanych z miłością. "Ja go kocham, ale czy rodzina go zaakceptuje?"; "Właśnie wyszedł z więzienia, ale ja wiem, że jest dobrym człowiekiem. Ale co będą o nas myśleć w mieście? Będą o nas plotkować, nie będziemy mieli życia...". I tak dalej, i tak dalej.

 Niewesołe te pułapki, prawda? Moje rozwiązania na obchodzenie ich szerokim łukiem tudzież zgrabne opuszczenie ich po wpakowaniu się w nie są w zamyśle proste, w realizacji trochę bardziej skomplikowane. Generalnie zalecam przyjąć punkt widzenia, wedle którego miłość musi być stale rozwijana, poszerzana, ubogacana. Nie spoczywać na laurach, nie cieszyć się tylko tym, co jest, a co za chwilę może zniknąć, ale patrzeć w przyszłość, planować, angażować się, być pomysłowym, twórczym i oryginalnym. Szukać, kombinować, próbować. I w tych wszystkich działaniach dążyć do obopólnego szczęścia i satysfakcji, starając się może nawet przedkładać szczęście tej drugiej osoby ponad swoje. I to moim zdaniem wystarczy. W ten sposób ominiemy nie tylko wszystkie pułapki omówione tu przeze mnie (czwartą można też równie dobrze rozbroić poprzez zwykłe zignorowanie wszystkich tam wymienionych czynników) pułapki, ale też te, na które jeszcze nie wpadłem. Lecz, co istotniejsze, sądzę, że dzięki takiemu podejściu miłość smakować będzie naprawdę słodko, a słodyczy tej nie będzie zatruwać żaden nieprzyjemny i niepożądany aromat smakowy.

 Na koniec jeszcze tylko jedna myśl, z którą chciałbym Ciebie zostawić. 

 Miłość jest najlepszą, najdłuższą i najwspanialszą z przygód, jakie zostały dla człowieka stworzone. Owszem, najeżoną pułapkami. Ale cóż to byłaby za przygoda, gdyby na Twej drodze przekorny los nie postawił pułapek? Twoim zadaniem jest stawić im czoła!



Read more

niedziela, 24 stycznia 2016

Szanowne Panie, ja pozostawiam Wam wolność!

5 komentarze

Ze specjalną dedykacją dla T. i Ł. którzy swoją dyskusją sprawili, że pomimo całodziennego zmęczenia mimo wszystko zdecydowałem się napisać ten tekst.

 Zapewne skuszone, zaintrygowane lub po prostu złapane na chwytliwy tytuł, Drogie Czytelniczki (i Czytelnicy oczywiście również), zastanawiacie się, o co chodzi. Nie będę Was trzymał długo w niepewności i od razu wyłożę kawę na ławę.

  W naszych męskich sercach od czasu do czasu pojawia się pokusa, ażeby wskazać Wam, jak się powinnyście ubierać, jak powinnyście wyglądać, jak (i czy w ogóle) korzystać z dobrodziejstw makijażu, za jaką modą podążać, a jaką odrzucić; słowem: nachodzi nas (wypowiadam to w imieniu całego męskiego ogółu, podejrzewając, że tak jest w istocie, choć pewności nie mam) ochota, żeby pokazać Wam, jakie winnyście być, żeby nas oczarować, wzbudzić nasz zachwyt i zasłużyć na słuszne skądinąd komplementy. Do pewnej granicy (naprawdę subtelnej) ma to sens. Dalej - ani krztyny. Z naszego egoistycznego punktu widzenia próbujemy narzucać Wam ograniczenia, własne wizje Waszego piękna, roszczeniowo domagając się ich urzeczywistnienia. 

 Właśnie z tego między innymi niekiedy wypływają nasze gorzkie ironiczne komentarze pod adresem Waszej urody, ilości makijażu przez Was użytego czy też stylu i gustu, jakie posiadacie w kwestii ubioru.

 Jednakże ja nie mam zamiaru dłużej należeć do tego korowodu krytykantów, malkontentów i pieniaczy. Koniec z tym! Basta! Oficjalnie i uroczyście, dnia dwudziestego czwartego stycznia roku pańskiego dwa tysiące szesnastego składam powyższe przyrzeczenie:

 Szanowne Panie, ja pozostawiam Wam wolność! Ubierajcie się jak chcecie, malujcie się jak chcecie, dokonujcie estetycznych wyborów nie zważając na moją (jakby miała ona jakiekolwiek dla Was znaczenie...) i innych opinie. Bądźcie sobą, realizujcie się poprzez całą gamę środków upiększających stworzonych dla Was przez cywilizację (pamiętając zarazem, że najlepszym upiększaczem jest Wasz uśmiech). Przysięgam, że nie skrytykuję Was ani słowem i nigdy nie przyczynię się do sytuacji, w której Wasza wolność wyboru w tej dziedzinie miałaby być zagrożona.

 Tak mi dopomóż Bóg!

 I żeby nie było tak pompatycznie i patetycznie, oto krótkie wytłumaczenie przyczyn mojego zachowania.

 Po pierwsze, nie lubię nikomu stawiać ograniczeń. Może to naiwne, ale ja naprawdę wierzę w dobre intencje żywione przez ludzi. Naprawdę wierzę w to, że się starają. Naprawdę wierzę w to, że stawianie im ograniczeń nie nauczy ich nigdy odpowiedzialności. Naprawdę wierzę w to, że każdy, naprawdę każdy, ma prawo wyglądać jak chce i stosować takie środki upiększające, jakie tylko mu przyjdą do głowy. Nawet jeżeli ich stosowanie miałoby doprowadzić do równie tragicznego końca, co nieszczęsną wdowę Minclową z "Lalki".

 Po drugie, mam do Was, Szanowne Panie, zaufanie. Co więcej, zaufanie podparte doświadczeniem. Życie nauczyło mnie, że dziewięćdziesiąt pięć procent przedstawicielek Waszej płci doskonale wie, jak ubrać się i umalować tak, żeby zrobić na nas wrażenie. Doskonale znacie wszystkie rodzaje tuszów, podkładów, pudrów, lakierów i innych kosmetyków. Macie wiedzę. Wiecie, kiedy ich użyć. Wiecie, jak ich użyć. Przeciętna kobieta posiada znacznie większe rozeznanie w tej dziedzinie aniżeli nieprzeciętny mężczyzna. Podobnie jest z ubiorem - większość z nas (a przynajmniej ja) nie zna Waszych zasad w tej materii, a nawet jeżeli zna, to za cholerę (przepraszam za to wyrażenie, ale idealnie oddaje to, co chcę przekazać) ich nie rozumie. Ale czy to nam przeszkadza? Skądże! Moim skromnym zdaniem nawet dodaje Wam uroku i wdzięku! I naprawdę ani nie muszę wiedzieć, ani tym bardziej decydować za Was, jak i co będziecie nosić oraz jak będziecie się malować. Naprawdę. Bo...

 I w końcu po trzecie, najbardziej przyziemny powodów: po prostu posługując się czarodziejską zawartością Waszych kosmetyczek lub zakładając taki a nie inny strój, naprawdę potraficie podkreślić czy wyeksponować Wasze piękno. My je podziwiamy, Wy jesteście zachwycone naszym podziwem - sprawiedliwy układ, nie? I to wszystko za Waszą zgodą. Wy się poświęcacie dla nas, abyśmy my mogli delektować się widokiem Was w pełnej krasie, co z kolei przynosi Wam (o ile rozumiem kobiecą psychikę) przyjemność. Trochę to zagmatwane, ale jeżeli poprzez obdarowanie Was wolnością we wszystkich tych estetycznych kwestiach mogę sprawić przyjemność Wam i sobie, to czemu miałbym się na to nie zdecydować?

 I już na koniec, uprzedzając ewentualną polemikę - mam świadomość tego, że istnieją normy obyczajowe. I wbrew pozorom osobiście jestem gotów się im w większości sytuacji podporządkować. Ale moim Czytelniczkom i wszystkim pozostawiam wolność i po prostu daję szansę. Ufam w Wasz rozsądek i w Waszą odpowiedzialność.

  Nie zakończę tego tekstu apostrofą "Nie zawiedźcie mnie!". 

  Zakończę go prostym: 

  Róbcie, co Wam się żywnie podoba!




Read more

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Ludzie dobrej woli... także istnieją!

0 komentarze

  Dawno temu, w czasach kiedy byłem jeszcze młody i cyniczny, nie wierzyłem w ludzi. Z niezwykłą precyzją wyłapywałem ich potknięcia, wyraziście, wręcz jaskrawo, widziałem ich wady i przywary, a ich niepowodzenia nie były dla mnie czymś zasługującym na wyrozumiałość czy choćby litość. Czasem te krytyczne obserwacje rodziły się we mnie samorzutnie, wbrew mojej woli, wzbudzając we mnie odrazę do samego siebie; czasem sam przyczyniałem się do ich powstania, czerpiąc potem z nich ten dziwny rodzaj przyjemności wynikający z cudzego niepowodzenia. Tak czy inaczej, nie mogłem od tego uciec. Ludzie po prostu nie byli dobrzy, bo jak może być dobry ktoś, kto wymaga ode mnie zrezygnowania z tego wszystkiego, co kłębi się w moim wnętrzu i potulnemu podporządkowaniu się jakiemuś abstrakcyjnemu dobru wspólnemu i ogółowi? Przez to między innymi przez długi czas cierpiałem na dwie najnieprzyjemniejsze życiowe choroby tj. samotność i niezrozumienie - najzwyczajniej w świecie nie mogłem polubić świata ludzi, którzy pozwalają mi się błąkać i choć słyszą, co próbuję im przekazać, zbywają mnie znudzeni lub pochłonięci swoimi sprawami.

 Co ciekawe, wielu ludzi mówiło o mnie dobre rzeczy - dziesiątki razy słyszałem komplementy pod adresem mojej przenikliwości, nieustępliwości (zwanej przez niektórych "cholerną upartością") czy zaangażowania w to, na czym mi zależy. Nie kryło się w tym jednak nic poza płytkim podziwem - uczuciem, na którym trudno budować coś trwalszego i które, w dalszej perspektywie przesytu, czyni życie nieznośnym i wiedzie ku autodestrukcji. 
  
  Zatem otrzymywałem od ludzi wyrazy podziwu, szacunku, niekiedy nawet udawało nam się złapać wspólny język w różnych kwestiach i łapaliśmy ten specyficzny luz, charakteryzujący większość koleżeńskich niezobowiązujących znajomości. Lecz dobra w tym nie było... Próżno go tam szukać...

  I gdyby tak się skończyła moja historia, pewnie nie zostałoby po mnie nic godnego wzmianki. Stoczyłbym się w otchłań czarnego pesymizmu, wpadł w depresję i skończył swoje życie gdzieś w pustym zaułku.

 Lecz tak się nie stało, gdyż uratowali mnie ludzie dobrej woli. Samym swoim istnieniem...

* * *
 Bez wątpienia takimi ludźmi okazali się moi (i nie tylko moi, także ponad dwudziestu tysięcy innych pielgrzymów) hiszpańscy gospodarze podczas tegorocznego spotkania Taize w Walencji. Otworzyli oni przed nami swoje domy, przyjęli nas oni do swoich wspólnot rodzinnych, daleko wykraczając poza minimalne granice gościnności wyznaczone przez organizatorów spotkania. Wspaniałe było to, jak pomimo słabej lub w ogóle znikomej znajomości języka angielskiego (i jakichkolwiek innych języków poza rodzimym) potrafili oni odnaleźć się w rozmowach ze swoimi gośćmi. Po raz kolejny udowodniono, że tak naprawdę podstawą komunikacji między ludźmi nie są słowa, pojęcia czy abstrakcyjne idee, ale uśmiech i życzliwość, przełamujące większość istniejących barier kulturowych. Tworząc swoje relacje, zwłaszcza z obcymi, na tych dwóch prostych, acz pięknych fundamentach, z całą pewnością przebrniemy szczęśliwie przez większość mielizn i nieporozumień, które prędzej czy później będą musiały się pojawić.

 Interesujące jest również to, że cała masa tych drobniejszych i większych różnic kulturowych stały się dla nas podstawą i pretekstem do wymiany doświadczeń, podzielenia się narodowymi tradycjami i zwyczajami, a także sprawiła, że ów wyjazd posiadał również walory edukacyjne, obok duchowych, kulturowo-zabytkowych i rozrywkowych.
  
 Oczywiście to Taize było dla mnie wyjątkowe również z wielu innych względów: mieliśmy piękną pogodę (powyżej dwudziestu stopni powyżej zera), otrzymałem od losu cudowną okazję do podszkolenia mojego hiszpańskiego, a ponadto sama Walencja okazała się przepiękna - harmonijna, nowoczesna, wolna, czysta i dynamiczna, wcale niezatłoczona. Ponadto na swojej drodze napotykałem samych uprzejmych, pomocnych i interesujących ludzi, bez których pomocy na pewno nie przeżyłbym tego czasu tak dobrze.

 Niemniej jednak nawet bardziej niż fakt, że było nas tam trzydzieści tysięcy chrześcijan albo nawet więcej, poruszyła mnie gościnność i serdeczność osób nas goszczących. To za sprawą ich zachowania dziś znacznie łatwiej przychodzi mi zrozumienie tego, że wszyscy ludzie stanowią jedną wielką rodzinę...
  * * *

 Lecz ludzi dobrej woli... Nie wiem czy jest więcej. Jednak dzięki takim wydarzeniom jak owo spotkanie Taize, a także dzięki wszystkim moim przyjaciołom, rodzinie i osobom życzącym mi dobrze, mam pewność, że oni istnieją...
  
 Dzięki, że jesteście.



Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009