"Bez wiary potykamy się o źdźbło słomy, z wiarą przenosimy góry" - Soren Kierkegaard
Obsługiwane przez usługę Blogger.

O Blogu

Moje, mniej lub bardziej osobiste, przemyślenia dotyczące różnych spraw, od filozofii, przez literaturę, psychologię, socjologię, aż po kwestie religijne.

środa, 2 marca 2016

Dlaczego warto być desperatem?

0 komentarze

 Dobrze wiesz, jak to jest. W końcu kiedyś musiało do tego dojść - klasyczna sytuacja bez wyjścia. Gwoli ścisłości: bez dobrego wyjścia. Stoisz, rozglądasz się, zaczynasz brnąć w scholastycznie rozbudowane analizy, niekończące się kalkulacje i korzystając ze znanych Ci zasad logicznych, szukasz rozwiązania, które pozwoliłoby Ci wyjść z tego wszystkiego bez szwanku, ewentualnie ledwie draśniętym. Idziesz po najmniejszej linii oporu. Idziesz ścieżką wszystkich. Idziesz za tłumem. Oczywiste - bezpieczne - niewyszukane - proste - banalne - pospolite - nudne. Dostrzegasz pewną prawidłowość łączącą te wszystkie przymiotniki? Ekstra, to nie wymaga wcale wielkiej przenikliwości. Wszystkie one towarzyszą naszym powyżej pobieżnie omówionym rozwiązaniom sztampowym. Lecz nie chcę o nich pisać. Jak już wskazałem, nie ma w nich nic fascynującego - nie obchodzi mnie ani ich skuteczność, ani pozorna stabilność przez nie gwarantowana, ani poczucie bezpieczeństwa, które po wdrożeniu ich w życie nagle wyrasta na największą z wartości, momentalnie przesłaniając wszystko to, co liczyło się wcześniej.

 Gardzę tym. Być może niektórym do szczęścia są one potrzebne, mnie jednak wybitnie drażnią, a niekiedy doprowadzają wręcz do szewskiej pasji. I w tym wszystkim nie chodzi wcale o wymyślne hipsterstwo, poszukiwanie na siłę ekscentrycznych, ekstrawaganckich postaw i zachowań; nie, tu chodzi o coś więcej: o kult wolności, pochwałę kreatywności i położenie nacisku na indywidualność (nie mylić z indywidualizmem). I dlatego, jeżeli mam wybierać pomiędzy byciem przeciętnym, zanikaniem pośród szarości świata, traceniem samoświadomości na rzecz zbiorowości i bezmyślnym kopiowaniu wzorców od innych a uchodzeniem w oczach świata za desperata, dziwaka, idealistę czy po prostu wariata, bez chwili zawahania wybieram to drugie. Nie po to, żeby komuś zaimponować; nie po to, żeby zaprezentować w ten sposób mój wstręt wobec dzisiejszej rzeczywistości (choć może również po części tak); nie po to, aby coś komuś w ten sposób udowodnić. Nie, wybieram desperacki styl bycia (jak to w ogóle brzmi?) tylko dlatego, że chcę pozostać uczciwy względem samego siebie - chcę zachować czyste sumienie.

 A jakie mam z tego korzyści? Przede wszystkim niezachwianą pewność bycia sobą, autonomiczności moich uczuć, realności moich uniesień, wrażeń i niepokojów, a także ich wyjątkowości. To samo tyczy się mojego sposobu myślenia i postrzegania świata; być może pewne czynniki kształtowały go na przestrzeni mojego życia (książki, rodzice, wielkie idee etc.), ale z całą pewnością jest on mój. Nie skopiowałem go od nikogo, nie dałem go sobie wtłoczyć do mózgu - stoczyłem (i wciąż toczę) zaciętą walkę i wyszedłem z niej zwycięsko.

 Ponadto trudny do opisania słowami luz i spokój w działaniu. Ograniczyłem liczbę niepotrzebnych zmartwień do minimum. Nauczyłem się ufać: sobie, drugiemu człowiekowi i Bogu. Już nie przejmuję się tym, na co nie mam wpływu i jednocześnie całą swoją uwagę staram się poświęcać temu, co mogę zmienić. Nie boję się ryzykować; nie boję się brać odpowiedzialności za swoje decyzje; nie boję się bycia sądzonym z tego, kim jestem i co sobą reprezentuję. Pomaga mi to szczególnie w sytuacjach ekstremalnych, kiedy gdzieś w pobliżu czai się Naprawdę Wielkie Niebezpieczeństwo, niezależnie od tego, czy jest to dwustumetrowa przepaść, od której dzieli mnie raptem kilka metrów, czy trudny egzamin, który znacząco może wpłynąć na moją przyszłość.

  Jestem świadomy niebezpieczeństwa. Jestem świadomy mojego strachu. Jestem świadomy konsekwencji podjętych wyborów. I właśnie dlatego mogę je przezwyciężyć; już nie są w stanie mnie one przytłoczyć, pozbawić pewności siebie, odebrać nadziei i wiary w sens tego co robię.

  I wbrew temu, co szepcze z politowaniem krytyczna część mojej duszy, jestem także odważny. Nawet jeżeli niepotrzebną brawurę zazwyczaj dławi we mnie zdrowy rozsądek, to gdy wiem, że gra idzie o dużą stawkę, gotów jestem się go wyzbyć i skoczyć bez zabezpieczenia na głęboką wodę. 

  Mogę przegrać. Pewnie nawet przegram. Ale uczynię to z uśmiechem hazardzisty i dumą tego samego rodzaju, z którą walczyli i ginęli Żołnierze Wyklęci - dumą tych, którzy nie wyparli się tego co kochali i którzy byli w obronie tego oddać wszystko, włącznie z własnym życiem. Nawet nie chcę próbować zestawiać siebie z którymś z tych wielkich bohaterów, bo nie dorastam im nawet do pięt, niemniej jednak niemałą przyjemność sprawia mi świadomość, że coś, nawet coś tak drobnego, mnie z nimi łączy.

  Jestem desperatem i jestem z tego dumny!
Read more

sobota, 13 lutego 2016

Miłość w czasach pułapek

0 komentarze

 Jakich pułapek? Zaraz wytłumaczę. Najpierw anegdotka wprowadzająca w temat.

 Jakieś półtorej roku temu uczestniczyłem w szkolnych warsztatach profilaktyczno-psychologicznych (w każdej szkole wygląda to tak samo - przychodzi osoba z zewnątrz, teoretycznie z niezbędną wiedzą i tematem do omówienia, robi krótki lub długi wykład o tym, o czym wszyscy tak naprawdę dobrze wiedzą, potem są ewentualne pytania i dyskusja), których głównego tematu już dziś nie pamiętam, natomiast jedna rzecz omówiona podczas nich wybitnie utkwiła mi w głowie i pozostała w niej aż do dziś. Pani ekspertka (nie jestem pewien, bardzo możliwe, że była ona też policjantką, ale głowy nie dam) opowiadając o różnych zachowaniach typowych dla naszego pokolenia; w którymś momencie przeszła na kwestię relacji damsko-męskich w ujęciu dzisiejszej młodzieży i powiedziała coś w stylu: "Dziś przeciętny związek pomiędzy osobami w waszym wieku trwa mniej więcej dwa tygodnie"...
  Później jeszcze kontynuowała ten wątek, lecz ja niestety reszty nie dosłyszałem, a nawet jeżeli dosłyszałem - to kompletnie jej nie pamiętam; być może podała jakieś źródło, z którego pochodziły owe intrygujące, a z mojej perspektywy wręcz przerażające, wyniki badań, mniejsza o to. Mnie w swoje szpony pochwyciło to jedno zdanie. Siedziałem głęboko przejęty i oszołomiony, przez następne minuty z trudem dochodziłem do siebie, z trudem uświadamiając sobie brutalność dzisiejszych realiów, giętkość uczuciową oraz niewytłumaczalny pośpiech cechujący postępowanie moich rówieśników. To był dla mnie autentyczny szok. Nie potrafiłem zrozumieć tego, jak można w dwa tygodnie zaliczyć wszystkie potencjalne fazy związku, od zapoznania i mniej lub bardziej śmiałego odkrywania siebie, poprzez (nie)normalne bycie ze sobą, spędzanie razem czasu, aż po rozstanie, płacz, gorycz i zapomnienie.
  Do dziś na wspomnienie tamtych słów przechodzą mnie ciarki, a gdy widzę wybitnie niedopasowaną parę, zmierzającą pewnym krokiem w stronę smutnego końca, tajemniczym szyfrem obwieszczam ich los, szepcząc z uśmiechem tę frazę: "Dwutygodniowa miłość..."

* * *
 No to przechodzimy do konkretów. Pułapki. Czym one są? W największym skrócie: postawami i sytuacjami, przez które nie udaje nam się doświadczyć pełni szczęścia w związku i przez które uczucia aspirujące do miana miłości są na swój sposób kalekie, wypaczone, niewłaściwe, nietrafione. Postawami i sytuacjami, które niejednokrotnie motywują ludzi do wejścia w intymną relację z drugą osobą i w których te osoby trwają, kładąc cień na jakość związku. Aby nie brzmiało to tak naukowo i skomplikowanie, podam ich cztery przykłady (na pewno jest ich więcej, znacznie więcej, ale to te cztery najbardziej rzuciły mi się w oczy), pokrótce omówię i przedstawię Tobie moją propozycję ich obejścia/wyjścia z nich. Liczę na dyskusję z Twojej strony.

1. Egoizm czyli tzw. zabawa w miłość tylko dla własnej przyjemności. Bardzo zgubne podejście. Na dłuższą metę prowadzi do zaprzestania uwzględniania we własnym postępowaniu perspektywy tej drugiej osoby (czy tego, co można roboczo nazwać perspektywą wspólną), z miejsca nadaje relacji charakter hierarchiczny, nie partnerski (kojarzycie te wykresiki ze zdaniami współrzędnymi i nadrzędnymi? One to nieźle ilustrują;), uprzedmiotawia osobą służącą osiągnięciu przyjemności, a także sprzyja narastaniu konfliktów. Jeżeli ktoś otwarcie i świadomie, np. poprzez swoje zachowanie, oznajmia, że do tego w gruncie rzeczy sprowadza się dla niego związek, to raczej nie spotyka się z ciepłym przyjęciem, takich kamikaze jest niewielu. Natomiast reszta, czyli przeważająca większość przedstawicieli tego gatunku, próbuje ukryć swoje intencje. I zasadniczo to im się udaje. Jeżeli coś wychodzi na jaw, to przez przypadek lub przez zgubne przebranie miary, "przyjemnościowe łakomstwo". Nie trzeba tłumaczyć, jak destrukcyjny wpływ mają takie sytuacje na związek; bo nawet jeżeli prawdziwa miłość to służba, to służba wzajemna.

2. Poszukiwanie akceptacji, zrozumienia, bliskości, opieki. Pozornie może wydać Ci się, że taka sytuacja stanowi dokładne przeciwieństwo tej poprzedniej. W końcu z jednej strony mamy twardy egoizm, graniczący wręcz z hedonizmem, a z drugiej takie wspaniałe określenia "akceptacja, zrozumienie, bliskość". Jak i czy w ogóle można coś tak pięknego nazwać pułapką? Można. Wystarczy, tak jak zawsze, zmienić perspektywę. Czym tak naprawdę jest pierwsza z przedstawionych pułapek? Niepohamowanym czerpaniem i wykorzystywaniem dobroci drugiej osoby dla własnych bliżej nieokreślonych celów. Czym jest pułapka numer dwa? Dokładnie tym samym, tylko że cel już zostaje wyznaczony; są nim właśnie te piękne tytułowe określenie. Warto zaznaczyć, że nie neguję samej ich wartości, ale pragnę zaznaczyć, że postawienie ich w centrum związku może okazać się nadzwyczaj szkodliwe.

3. Nuda. Teoretycznie sprawa prosta i banalna. Nudzi mi się, więc wezmę i się zakocham. Albo: kurczę, nudzi mi się już w tym związku, może czas z niego zrezygnować i przerzucić się na inny? Tu także kryje się pułapka, można ją nazwać "rozmyciem/ignorowaniem celu". O co w tym chodzi? Jeżeli człowiek postanowi wejść w miłość z nudy, prawdopodobnie nie poświęci nawet sekundy na określenie tego, do czego chce, aby ta miłość go doprowadziła. Ignoruje cel, ignoruje przyszłościowy punkt widzenia. "Jest tu i teraz. Bawmy się!". W drugim z przypadków cel się rozmywa, przestaje wydawać się realny. "Chcieliśmy osiągnąć Idealną, Prawdziwą Miłość. Nie wychodzi nam. Ciągle coś zawadza, coś staje nam na drodze. Przecież nie ma szans, żebyśmy kiedykolwiek to zrealizowali...". I w tym miejscu zaczyna się rozglądanie na bok, poszukiwanie alternatywy, które może wykończyć dobrze rokujący związek czy rozbić długo ze sobą będącą parę. Nuda jest groźniejsza, niż nam się wydaje.

4. Presja społeczna: normy obyczajowe, przyjaciele, szeroko pojęte "Co Inni Pomyślą?". Strasznie mnie to złości, ale nic nie mogę na to poradzić. "Wszystkie twoje przyjaciółki mają już chłopaków tylko ty jeszcze nie? Koniecznie musisz sobie jakiegoś znaleźć" - podpowiada wcale nie twój głos w twojej głowie. "Masz już x lat i jeszcze nie znalazłaś męża? Przecież chyba nie zamierzasz zostać starą panną, prawda?". "Wiesz, jak zaimponujesz chłopakom na dzielni, jak wyrwiesz tamtą, no wiesz, tą co tam stoi? Pękną z zazdrości!". I milion innych podobnych sytuacji. Miłość jako tylko środek do osiągnięcia innego celu. Zaspokojenia oczekiwań innych, zaimponowania, wcielenia się w konkretną, narzuconą z góry, rolę społeczną. U Ciebie też to wzbudza niesmak i zdegustowania? Niestety, na to nic się nie poradzi. A te czynniki wbrew pozorom również odgrywają istotną rolę przy podejmowaniu decyzji, w tym także tych związanych z miłością. "Ja go kocham, ale czy rodzina go zaakceptuje?"; "Właśnie wyszedł z więzienia, ale ja wiem, że jest dobrym człowiekiem. Ale co będą o nas myśleć w mieście? Będą o nas plotkować, nie będziemy mieli życia...". I tak dalej, i tak dalej.

 Niewesołe te pułapki, prawda? Moje rozwiązania na obchodzenie ich szerokim łukiem tudzież zgrabne opuszczenie ich po wpakowaniu się w nie są w zamyśle proste, w realizacji trochę bardziej skomplikowane. Generalnie zalecam przyjąć punkt widzenia, wedle którego miłość musi być stale rozwijana, poszerzana, ubogacana. Nie spoczywać na laurach, nie cieszyć się tylko tym, co jest, a co za chwilę może zniknąć, ale patrzeć w przyszłość, planować, angażować się, być pomysłowym, twórczym i oryginalnym. Szukać, kombinować, próbować. I w tych wszystkich działaniach dążyć do obopólnego szczęścia i satysfakcji, starając się może nawet przedkładać szczęście tej drugiej osoby ponad swoje. I to moim zdaniem wystarczy. W ten sposób ominiemy nie tylko wszystkie pułapki omówione tu przeze mnie (czwartą można też równie dobrze rozbroić poprzez zwykłe zignorowanie wszystkich tam wymienionych czynników) pułapki, ale też te, na które jeszcze nie wpadłem. Lecz, co istotniejsze, sądzę, że dzięki takiemu podejściu miłość smakować będzie naprawdę słodko, a słodyczy tej nie będzie zatruwać żaden nieprzyjemny i niepożądany aromat smakowy.

 Na koniec jeszcze tylko jedna myśl, z którą chciałbym Ciebie zostawić. 

 Miłość jest najlepszą, najdłuższą i najwspanialszą z przygód, jakie zostały dla człowieka stworzone. Owszem, najeżoną pułapkami. Ale cóż to byłaby za przygoda, gdyby na Twej drodze przekorny los nie postawił pułapek? Twoim zadaniem jest stawić im czoła!



Read more

niedziela, 24 stycznia 2016

Szanowne Panie, ja pozostawiam Wam wolność!

5 komentarze

Ze specjalną dedykacją dla T. i Ł. którzy swoją dyskusją sprawili, że pomimo całodziennego zmęczenia mimo wszystko zdecydowałem się napisać ten tekst.

 Zapewne skuszone, zaintrygowane lub po prostu złapane na chwytliwy tytuł, Drogie Czytelniczki (i Czytelnicy oczywiście również), zastanawiacie się, o co chodzi. Nie będę Was trzymał długo w niepewności i od razu wyłożę kawę na ławę.

  W naszych męskich sercach od czasu do czasu pojawia się pokusa, ażeby wskazać Wam, jak się powinnyście ubierać, jak powinnyście wyglądać, jak (i czy w ogóle) korzystać z dobrodziejstw makijażu, za jaką modą podążać, a jaką odrzucić; słowem: nachodzi nas (wypowiadam to w imieniu całego męskiego ogółu, podejrzewając, że tak jest w istocie, choć pewności nie mam) ochota, żeby pokazać Wam, jakie winnyście być, żeby nas oczarować, wzbudzić nasz zachwyt i zasłużyć na słuszne skądinąd komplementy. Do pewnej granicy (naprawdę subtelnej) ma to sens. Dalej - ani krztyny. Z naszego egoistycznego punktu widzenia próbujemy narzucać Wam ograniczenia, własne wizje Waszego piękna, roszczeniowo domagając się ich urzeczywistnienia. 

 Właśnie z tego między innymi niekiedy wypływają nasze gorzkie ironiczne komentarze pod adresem Waszej urody, ilości makijażu przez Was użytego czy też stylu i gustu, jakie posiadacie w kwestii ubioru.

 Jednakże ja nie mam zamiaru dłużej należeć do tego korowodu krytykantów, malkontentów i pieniaczy. Koniec z tym! Basta! Oficjalnie i uroczyście, dnia dwudziestego czwartego stycznia roku pańskiego dwa tysiące szesnastego składam powyższe przyrzeczenie:

 Szanowne Panie, ja pozostawiam Wam wolność! Ubierajcie się jak chcecie, malujcie się jak chcecie, dokonujcie estetycznych wyborów nie zważając na moją (jakby miała ona jakiekolwiek dla Was znaczenie...) i innych opinie. Bądźcie sobą, realizujcie się poprzez całą gamę środków upiększających stworzonych dla Was przez cywilizację (pamiętając zarazem, że najlepszym upiększaczem jest Wasz uśmiech). Przysięgam, że nie skrytykuję Was ani słowem i nigdy nie przyczynię się do sytuacji, w której Wasza wolność wyboru w tej dziedzinie miałaby być zagrożona.

 Tak mi dopomóż Bóg!

 I żeby nie było tak pompatycznie i patetycznie, oto krótkie wytłumaczenie przyczyn mojego zachowania.

 Po pierwsze, nie lubię nikomu stawiać ograniczeń. Może to naiwne, ale ja naprawdę wierzę w dobre intencje żywione przez ludzi. Naprawdę wierzę w to, że się starają. Naprawdę wierzę w to, że stawianie im ograniczeń nie nauczy ich nigdy odpowiedzialności. Naprawdę wierzę w to, że każdy, naprawdę każdy, ma prawo wyglądać jak chce i stosować takie środki upiększające, jakie tylko mu przyjdą do głowy. Nawet jeżeli ich stosowanie miałoby doprowadzić do równie tragicznego końca, co nieszczęsną wdowę Minclową z "Lalki".

 Po drugie, mam do Was, Szanowne Panie, zaufanie. Co więcej, zaufanie podparte doświadczeniem. Życie nauczyło mnie, że dziewięćdziesiąt pięć procent przedstawicielek Waszej płci doskonale wie, jak ubrać się i umalować tak, żeby zrobić na nas wrażenie. Doskonale znacie wszystkie rodzaje tuszów, podkładów, pudrów, lakierów i innych kosmetyków. Macie wiedzę. Wiecie, kiedy ich użyć. Wiecie, jak ich użyć. Przeciętna kobieta posiada znacznie większe rozeznanie w tej dziedzinie aniżeli nieprzeciętny mężczyzna. Podobnie jest z ubiorem - większość z nas (a przynajmniej ja) nie zna Waszych zasad w tej materii, a nawet jeżeli zna, to za cholerę (przepraszam za to wyrażenie, ale idealnie oddaje to, co chcę przekazać) ich nie rozumie. Ale czy to nam przeszkadza? Skądże! Moim skromnym zdaniem nawet dodaje Wam uroku i wdzięku! I naprawdę ani nie muszę wiedzieć, ani tym bardziej decydować za Was, jak i co będziecie nosić oraz jak będziecie się malować. Naprawdę. Bo...

 I w końcu po trzecie, najbardziej przyziemny powodów: po prostu posługując się czarodziejską zawartością Waszych kosmetyczek lub zakładając taki a nie inny strój, naprawdę potraficie podkreślić czy wyeksponować Wasze piękno. My je podziwiamy, Wy jesteście zachwycone naszym podziwem - sprawiedliwy układ, nie? I to wszystko za Waszą zgodą. Wy się poświęcacie dla nas, abyśmy my mogli delektować się widokiem Was w pełnej krasie, co z kolei przynosi Wam (o ile rozumiem kobiecą psychikę) przyjemność. Trochę to zagmatwane, ale jeżeli poprzez obdarowanie Was wolnością we wszystkich tych estetycznych kwestiach mogę sprawić przyjemność Wam i sobie, to czemu miałbym się na to nie zdecydować?

 I już na koniec, uprzedzając ewentualną polemikę - mam świadomość tego, że istnieją normy obyczajowe. I wbrew pozorom osobiście jestem gotów się im w większości sytuacji podporządkować. Ale moim Czytelniczkom i wszystkim pozostawiam wolność i po prostu daję szansę. Ufam w Wasz rozsądek i w Waszą odpowiedzialność.

  Nie zakończę tego tekstu apostrofą "Nie zawiedźcie mnie!". 

  Zakończę go prostym: 

  Róbcie, co Wam się żywnie podoba!




Read more

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Ludzie dobrej woli... także istnieją!

0 komentarze

  Dawno temu, w czasach kiedy byłem jeszcze młody i cyniczny, nie wierzyłem w ludzi. Z niezwykłą precyzją wyłapywałem ich potknięcia, wyraziście, wręcz jaskrawo, widziałem ich wady i przywary, a ich niepowodzenia nie były dla mnie czymś zasługującym na wyrozumiałość czy choćby litość. Czasem te krytyczne obserwacje rodziły się we mnie samorzutnie, wbrew mojej woli, wzbudzając we mnie odrazę do samego siebie; czasem sam przyczyniałem się do ich powstania, czerpiąc potem z nich ten dziwny rodzaj przyjemności wynikający z cudzego niepowodzenia. Tak czy inaczej, nie mogłem od tego uciec. Ludzie po prostu nie byli dobrzy, bo jak może być dobry ktoś, kto wymaga ode mnie zrezygnowania z tego wszystkiego, co kłębi się w moim wnętrzu i potulnemu podporządkowaniu się jakiemuś abstrakcyjnemu dobru wspólnemu i ogółowi? Przez to między innymi przez długi czas cierpiałem na dwie najnieprzyjemniejsze życiowe choroby tj. samotność i niezrozumienie - najzwyczajniej w świecie nie mogłem polubić świata ludzi, którzy pozwalają mi się błąkać i choć słyszą, co próbuję im przekazać, zbywają mnie znudzeni lub pochłonięci swoimi sprawami.

 Co ciekawe, wielu ludzi mówiło o mnie dobre rzeczy - dziesiątki razy słyszałem komplementy pod adresem mojej przenikliwości, nieustępliwości (zwanej przez niektórych "cholerną upartością") czy zaangażowania w to, na czym mi zależy. Nie kryło się w tym jednak nic poza płytkim podziwem - uczuciem, na którym trudno budować coś trwalszego i które, w dalszej perspektywie przesytu, czyni życie nieznośnym i wiedzie ku autodestrukcji. 
  
  Zatem otrzymywałem od ludzi wyrazy podziwu, szacunku, niekiedy nawet udawało nam się złapać wspólny język w różnych kwestiach i łapaliśmy ten specyficzny luz, charakteryzujący większość koleżeńskich niezobowiązujących znajomości. Lecz dobra w tym nie było... Próżno go tam szukać...

  I gdyby tak się skończyła moja historia, pewnie nie zostałoby po mnie nic godnego wzmianki. Stoczyłbym się w otchłań czarnego pesymizmu, wpadł w depresję i skończył swoje życie gdzieś w pustym zaułku.

 Lecz tak się nie stało, gdyż uratowali mnie ludzie dobrej woli. Samym swoim istnieniem...

* * *
 Bez wątpienia takimi ludźmi okazali się moi (i nie tylko moi, także ponad dwudziestu tysięcy innych pielgrzymów) hiszpańscy gospodarze podczas tegorocznego spotkania Taize w Walencji. Otworzyli oni przed nami swoje domy, przyjęli nas oni do swoich wspólnot rodzinnych, daleko wykraczając poza minimalne granice gościnności wyznaczone przez organizatorów spotkania. Wspaniałe było to, jak pomimo słabej lub w ogóle znikomej znajomości języka angielskiego (i jakichkolwiek innych języków poza rodzimym) potrafili oni odnaleźć się w rozmowach ze swoimi gośćmi. Po raz kolejny udowodniono, że tak naprawdę podstawą komunikacji między ludźmi nie są słowa, pojęcia czy abstrakcyjne idee, ale uśmiech i życzliwość, przełamujące większość istniejących barier kulturowych. Tworząc swoje relacje, zwłaszcza z obcymi, na tych dwóch prostych, acz pięknych fundamentach, z całą pewnością przebrniemy szczęśliwie przez większość mielizn i nieporozumień, które prędzej czy później będą musiały się pojawić.

 Interesujące jest również to, że cała masa tych drobniejszych i większych różnic kulturowych stały się dla nas podstawą i pretekstem do wymiany doświadczeń, podzielenia się narodowymi tradycjami i zwyczajami, a także sprawiła, że ów wyjazd posiadał również walory edukacyjne, obok duchowych, kulturowo-zabytkowych i rozrywkowych.
  
 Oczywiście to Taize było dla mnie wyjątkowe również z wielu innych względów: mieliśmy piękną pogodę (powyżej dwudziestu stopni powyżej zera), otrzymałem od losu cudowną okazję do podszkolenia mojego hiszpańskiego, a ponadto sama Walencja okazała się przepiękna - harmonijna, nowoczesna, wolna, czysta i dynamiczna, wcale niezatłoczona. Ponadto na swojej drodze napotykałem samych uprzejmych, pomocnych i interesujących ludzi, bez których pomocy na pewno nie przeżyłbym tego czasu tak dobrze.

 Niemniej jednak nawet bardziej niż fakt, że było nas tam trzydzieści tysięcy chrześcijan albo nawet więcej, poruszyła mnie gościnność i serdeczność osób nas goszczących. To za sprawą ich zachowania dziś znacznie łatwiej przychodzi mi zrozumienie tego, że wszyscy ludzie stanowią jedną wielką rodzinę...
  * * *

 Lecz ludzi dobrej woli... Nie wiem czy jest więcej. Jednak dzięki takim wydarzeniom jak owo spotkanie Taize, a także dzięki wszystkim moim przyjaciołom, rodzinie i osobom życzącym mi dobrze, mam pewność, że oni istnieją...
  
 Dzięki, że jesteście.



Read more

wtorek, 22 grudnia 2015

Niepisane rozmowy w języku miłości

0 komentarze

 Wszystkim tytułowym rozmówcom i rozmówczyniom


 * * *
 Kawiarniany klimat. Siedzę przy niewielkim stoliku, popijam umiejętnie wystudzoną kawę, dzierżę w dłoni nieoceniony długopis, próbuję czynić notatki i obserwuję. Z wolna całym sobą oddaję się tej czynności i koncentruję wzrok na ludziach znajdujących się nieopodal mnie, pogrążonych w lekturze lub w rozmowie. Szczególnie ci ostatni zdobywają moją uwagę; ignorując różne zewnętrzne bodźce atakujące moją świadomość, próbuję się wyłączyć i całkowicie poświęcić się ich obserwacji. Wsłuchuję się w urywki słów, przypatruję się ich mimice, ich gestom. Ich spojrzenia mówią dużo, znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Podobnie ich ciała. 
  Plączący się język. 
 Śmiały wzrok konkwistadora, pewnego swego, wkraczającego na tereny ze wszech miar nadające się do podboju.
 Ostrożność doświadczonego żeglarza wypływającego na nieznane wody.
  Obietnica przygody.
  Błysk ciekawości, a może nawet fascynacji, ledwie dostrzegalny w oku.
  Niepokój, dreszcz, zagubienie.
  Tajemnica skryta w uśmiechu.
  Słowa stanowiące jedynie klucz i bramę, same z siebie nieistotne, płynne, ulotne; znikające gdzieś niedostrzegalnie zaraz po wypowiedzeniu. 
  Tląca się z tyłu głowy myśl.
  Słodko-gorzka niepewność.
  Ciepło i zaufanie, jedne z najpiękniejszych rzeczy, jakie może podarować ta druga osoba bez uszczerbku na własnym interesie.
  W końcu łapię się na tym, że choć bez większego trudu odgaduję (albo przynajmniej domyślam się) emocje rozmawiających par, to czynię to z pewną ironią, tak jakby były mi one całkowicie obce i obojętne; tak jakbym sam dawno się ich wyzbył, jakbym ich nie potrzebował. Nie jest to prawda, wręcz przeciwnie: czasem tak bardzo chciałbym stać się uczestnikiem tej gry, że zżera mnie złość i frustracja, gdy uświadamiam sobie, że jednak nie mogę.
  Robi się nieprzyjemnie. Nagle uświadamiam sobie, że pomimo tego całego teoretycznego dystansu i pewnej wyższości, z jaką się odnoszę do przedmiotów mojej obserwacji, zwyczajnie im zazdroszczę.

* * *
 Ale dlaczego? Co jest takiego niezwykłego w tych niepisanych i nieprzetłumaczalnych na język logiki rozmowach w owym tajemniczym języku miłości? Poza, rzecz jasna, przyjemnością, jakiej dostarczają one rozmówcom i rozmówczyniom?
 Jedyne, czym mogę zrekompensować mój brak doświadczenia i wiedzy w tej materii, to filozofowanie. A jako że nie lubię pozostawiać nierozwiązanych problemów i pytań bez odpowiedzi, to postanowiłem się pobawić się w spekulacje i przeprowadziłem krótki eksperyment myślowy, wskutek którego udało mi się wyprodukować w miarę sensowną odpowiedź. Brzmi ona następująco:
 Wyjątkowość i Indywidualność. Każdy posiada swój własny, indywidualny, niepowtarzalny i wyjątkowy język miłości. Każdy kładzie nacisk na inne kwestie, każdy zdobywa serce w inny sposób, każdy posiada własną wizję siebie i osoby kochanej. Każdy interpretuje miłość (i związek, który stanowi jedną z jej form) inaczej. Każdy poszukuje w niej czegoś innego. I chociaż pewne mechanizmy i algorytmy w świecie uczuć występują z zaskakującą powtarzalnością (seryjni uwodziciele, problem zdrady etc.), to nie zmienia to wyżej przedstawionego przeze mnie faktu. 
  Idźmy dalej. Gdzie jest źródło? Skąd się w ogóle bierze ów język miłości? Tu już mogę uciec się do racjonalnych przesłanek (jak na filozofa przystało, czynię to z niemałą ulgą) i uznać dwa zasadnicze źródła jego pochodzenia. Należą do nich Wychowanie (środowisko, dom rodzinny, system wartości etc.) i Charakter (wrażliwość i indywidualne cechy danej osoby). W mojej ocenie to praktycznie rozsądza sprawę i udowadnia poprzednią tezę o wyjątkowości i indywidualności każdego języka miłości; przecież istnieje niezliczona ilość postaw, jakie można wynieść z domu (uwzględniając również patologie i sytuacje skrajne), nie mówiąc już o różnorodności ludzkich postaw i charakterów (tradycyjny podział na sangwiników, choleryków, melancholików i flegmatyków może się schować). Co więcej - bardzo wiele zależy od proporcji, w jakich jedno i drugie wpływa na konkretną osobę. Równie łatwo możemy wyobrazić sobie sytuację, gdy charakter pewnej dziewczyny zostaje całkowicie zdominowany przez surowe i rygorystyczne wychowanie, jak i taką, gdzie ta sama dziewczyna buntuje się przeciw wszystkiemu, co należy do "świata rodziców", w tym także do języka miłości, jaki oni nieświadomie w niej próbują zaszczepić.
  A jeżeli dodamy do tego zmiany, jakie wywarły na konkretnym języku miłości konkretnej osoby doświadczenia z przeszłości (miłe bądź niemiłe), najpewniej dojdziemy do wniosku, że to zagadnienie jest bardziej skomplikowane i złożone, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
  Opcji jest wiele, można kombinować na wiele sposobów. 
 * * *

  Jeżeli mój tekst trafił Ci do serca i jednocześnie masz czas, odwagę oraz ochotę (a najlepiej wszystkie trzy naraz), możesz pobawić się w interpretację tego pojęcia na własnym przykładzie - w końcu posiadasz najwięcej danych i powinieneś znać siebie lepiej niż ktokolwiek inny. A jeśli brakuje Ci spojrzenia z zewnątrz, zawsze możesz zapytać przyjaciela albo tą drugą osobę, z którą jesteś w związku - oni bez cienia wątpliwości są w stanie Ci pomóc.
 
 
Read more

środa, 2 grudnia 2015

Oczekiwanie?

0 komentarze

  Zaczął się adwent, powszechnie określany w różnych chrześcijańskich środowiskach jako czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie i (jeżeli mamy do czynienia z wgłębieniem się w temat) ponowne przyjście Chrystusa na ziemię. W którymś ze słuchowisk (zdaje się, że w jednym z ubiegłorocznych odcinków Plastrów Miodu) o. Adam Szustak OP skrytykował to utarte przekonanie; uczynił to na tyle bezbłędnie i spektakularnie, że mi pozostaje tylko przyklasnąć jego tezom i skinąć głową z aprobatą. W tym tekście nie mam zamiaru powielać jego argumentacji, a jedynie podrzucić Ci pewną wskazówkę, jeżeli nadal nie odnalazłeś inspiracji lub motywacji, żeby na serio rozpocząć adwent. Być może ona skieruje Cię na właściwy trop.

  A zatem, rozpoczyna się Adwent. Cztery tygodnie. Jak je wykorzystasz? Co zrobisz? Możesz, w sumie tak jak zawsze, trwać w szarej codzienności, konwencjonalnie pędzić wraz z tłumem, odwiedzać Sanktuaria Współczesnych Niewolników* i przy dźwiękach nastrojowej muzyki (oraz niezastąpionego, przyprawiającego o mdłości i doprowadzającego do szału "Last Christmas") zrobić świąteczne zakupy. Możesz siedzieć w swojej rutynie, z założonymi rękami, i oczekiwać aż Chrystus zejdzie do Ciebie specjalnie z góry, wpadnie do Twojego życia z impetem, pogłaszcze Cię po główce i tak po prostu wyprostuje wszystkie krzywe miejsca Twojego życia i Twojej duszy. Owszem, może tak się stać, ale chyba dobrze zdajesz sobie sprawę, jak naiwne jest takie Oczekiwanie Na Cud.

  Pytasz więc, co proponuję w zamian? Nic skomplikowanego - zwykłe ruszenie się z miejsca, wyjście ze swojej strefy bezpieczeństwa (komfortu), zaangażowanie i włożenie większego wysiłku w to, na czym Ci naprawdę zależy. Nie zamartwianie się o przyszłość (to co się stało, to się nie odstanie) i przyszłość (wszak koniec świata może mieć miejsce w każdej chwili), nie rozwlekłe analizowanie własnych pomyłek i upadków, nie jałowe śnienie na jawie cudnej wizji dalszego życia, nie próżne zachwycanie się własnym talentem i zdolnościami. Proponuję Ci coś więcej; Szukanie. Otwarcie się na nowe doświadczenia, podjęcie ryzyka, zmianę perspektywy. I nade wszystko: działanie! 

 Jeżeli cały ten powyższy wywód brzmi dla Ciebie zbyt abstrakcyjnie, cały ten wywód można streścić jednym słowem: żyj!

Strach przed dzisiaj paraliżuje
Wczoraj i jutro moje myśli truje
Co było to było, co ma być będzie
Tu i teraz to moje orędzie

Chcę żyć dziś, tu i teraz
Nie chcę być tym kim nie jestem
Nie chcę być tam gdzie mnie nie ma
To jest dzień i to jest miejsce
 
Tam gdzie nas nie ma czas nie istnieje
Wczoraj i jutro odbiera dziś nadzieję
To co przerasta jest niemożliwe
Znaki na niebie wołają ciebie

 Od kilku dni prześladuje mnie obraz Chrystusa stojącego przed symbolicznymi drzwiami, czyli wejściem w życie każdego z nas i mówi:

Oto stoję u drzwi i kołaczę:
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze Mną. (Ap, 3, 20)

 Podniesiesz się z wygodnej sofy? Wyłączysz czerwonym guzikiem brzęczący telewizor? Znajdziesz w sobie krztynę potrzebnej energii i odwagi, żeby podejść do drzwi i nacisnąć klamkę, mając świadomość, że nie do końca wiesz, co Cię czeka po drugiej stronie?
 Nie wiem. Odpowiedź należy do Ciebie.

* * *

*Sanktuaria Współczesnych Niewolników to centra handlowe. Jeżeli interesuje Cię geneza tej nazwy, zerknij tu
Read more

czwartek, 12 listopada 2015

KuszeNIE!

0 komentarze

"Każdy wielki i odważny człowiek, który opiera się nurtowi zła, jest przeszkodą. Jego zadaniem jest burzyć spokój tych, którzy są z siebie zadowoleni i dodawać otuchy wzburzonym. Aleksander Wielki został kiedyś zapytany o to, w jaki sposób podbił świat. Jego odpowiedź brzmiała: "Dzięki temu, że się nie wahałem". - Arcybiskup Fulton John Sheen

* * *

W bliżej nieokreślonym miejscu, położonym gdzieś na granicy Mojej Świadomości i Transcendentalnych Spraw Niemożliwych Do Ogarnięcia Rozumem, w bliżej nieokreślonym czasie (zresztą, czymże dla nich jest czas? Istnieją przecież poza nim), zebrała się Nieświęta Trójca: Szatan, Wszystkie Moje Słabości (nazywane przez niektórych również Moim Wewnętrznym Zdrajcą) i Ten Świat, by radzić o sposobach zwiedzenia Wędrowca Przez Noc (dalej po prostu: Wędrowca). Nie debatowali długo i zawzięcie - wiedzieli, że ich jedyną szansą na zwycięstwo jest szybkie uderzenie, ogłuszenie sumienia przeciwnika, silne uchwycenie jego duszy i porwanie go do siebie, a potem długa i staranna praca nad zdeprawowaniem go do reszty. 

 Wędrowiec  nie był byle kim. Szatan z miejsca odpuścił sobie próby frontalnego ataku na niego; przyszły kuszony nie przejawiał najmniejszego zainteresowania sprawami diabelsko-demonicznymi, nie wytaczał procesów Bogu, nie przypisywał Mu odpowiedzialności za istniejące zło i można nawet rzec, że żył z Nim w przyzwoitej komitywie (o ile w ogóle o kimkolwiek można powiedzieć, że żyje w komitywie z Bogiem). Szatan wiedział, że samą swoją postacią nie trafi do serca kuszonego; nieważne ile będzie kłamał, zwodził i łudził, w ten sposób nie wzbudzi w nim miłości do fałszywego obrazu Romantycznego Buntownika, który przed laty odważył się sprzeciwić woli Przedwiecznego i za to został niesłusznie ukarany. Lata wiary i zagłębiania się w nią zrobiły swoje, Wędrowiec był uodporniony na prostą propagandę tego pokroju.

 Co więcej, dzięki wytężonej pracy włożonej w kształtowanie swojej postawy moralnej, udało mu się przezwyciężyć sporą część dawnych grzechów i słabości; nawet jeżeli dziś upadał, to podniesienie się zajmowało mu raptem kilka sekund. Ufny w Boże Miłosierdzie, a jednocześnie świadom swojej wartości, nie pozwalał na to by trudniejsze chwile w życiu sprawiły, że utraci wiarę w siebie, we własne zdolności i możliwości. Nie był ideałem, od ideału dzieliło go naprawdę wiele; jednakże wytaczając krwawą wojnę samemu sobie (co na pierwszy rzut oka wydaje się po prostu samobójstwem), swojemu Wewnętrznemu Zdrajcy, swoim grzechom, odniósł umiarkowane zwycięstwo i częściowo Go (Zdrajcę) i je (grzechy, słabości) poskromił.

 Zatem decyzja zapadła. W roli kusiciela wystąpi Ten Świat.

* * *
Into the orchard I walk peering way past the gate...

 Siedzę lekko otępiały pod wielką jabłonią w ciemnym, zarośniętym i opuszczonym sadzie. Wokół mnie mrok, niezrozumiałe szepty, wirujące w tańcu cienie, namawiające mnie, abym do nich dołączył. W oddali słyszę potępieńcze wycie wiatru, narastające, rosnące w siłę i nieubłaganie zbliżające się w moją stronę. Głos z tyłu głowy podpowiada mi, że tak będzie wyglądał mój kres; że oto nadchodzi moje przeznaczenie. Ignoruję go, staram się zepchnąć nieprzyjemne przeczucie w głąb podświadomości i wyostrzam zmysły; czuję, że coś się zbliża. Ktoś nadchodzi. Ktoś, kto nie boi się szalejącej wokół wichury i tak jak ja wędruje przez noc. Interesujące.

 Młody mężczyzna, z gatunku tych, których niemal zawsze słucham z zainteresowaniem (chyba, że plotą bzdury, ale on akurat bzdur nie plótł) i z którymi często mimowolnie się zgadzam, ponieważ uwodzi mnie nie ich tok myślenia czy wnioski, lecz prezentowana pewność siebie, przekonanie i szczerość pobrzmiewające w ich głosie oraz bezpośredniość, nie bawił się w zbędne powitania, przydługie przemowy, rozbudowane ceremoniały. Z miejsca przeszedł do rzeczy:

- Mam dla Ciebie ofertę, szanowny Wędrowcze. Nawet nie umowę, nie żadne dwustronne zobowiązanie, nie traktat. Po prostu oferta. Zapewne się domyślasz, że znamy Twoje wszystkie pragnienia, także te, których się wstydzisz albo których nie umiesz wypowiedzieć. Wszystkie. Począwszy od tych najbanalniejszych, poprzez te typowe dla gatunku ludzkiego, aż po te najbardziej ekstremalne. Gwarantujemy Ci ich realizację. Natychmiastowo. Bez żadnych haczyków. Wystarczy, że wypowiesz jedną prostą formułę, oddając tym samym swój los w nasze ręce, a już nie będziesz więcej cierpieć. Marzysz o miłości? Damy Ci taką, jakiej nie miał nikt wcześniej. Pragniesz sławy, jedno słowo - będziesz bardziej rozpoznawalny niż Papież i Prezydent Stanów Zjednoczonych w jednym. Życzysz sobie pieniędzy - na twoje zawołanie przetransportujemy Ci Fort Knox do Twojego ogrodu. Coś bardziej imponującego? Proszę bardzo, Twoje koncepcje naukowe, wcześniej niedoceniane i ignorowane, dzięki naszej pomocy zdobędą uznanie, na które zasługują, Twoje utwory literackie, odtrącane i pogardzane przez wydawców, wydane zostaną w miliardowym nakładzie. Jak myślisz, jakim cudem taka szmira jak "Pięćdziesiąt twarzy Greya" zdobyła swoją popularność? Dla nas nie ma granic. Będziesz autorytetem. Będziesz akceptowany i rozumiany. Będziesz żył pełnią życia. Będziesz adorowany przez kobiety. Będziesz... każdym. Będziesz żył w każdym, a każdy będzie żył w Tobie. Na Twoje życzenie mądrość stanie się bełkotem, a bełkot - mądrością. Będziesz władał ciałami, umysłami i duszami. Będziesz mógł zmienić świat, uczynić to, o czym zawsze marzyłeś. Wystarczy jedno Twoje słowo; rzeknij "Pragnę!", a wszystko to stanie się rzeczywiste, rzeczywistsze niż Twoje istnienie na tym świecie. Jedno słowo.

 Być może uległbym pokusie, zwłaszcza że, jak później się zorientowałem, przebiegły kusiciel wcześniej przytępił ostrość mojego sumienia, jednak dzięki trzem rzeczom udało mi się wyjść z tej konfrontacji bez szwanku.

 Pierwszą z nich był błąd kusiciela - okazał się on zbyt natarczywy i niewystarczająco subtelny w swoich wizjach. Gdyby poprzestał wyłącznie na tym, co rzeczywiście może dać mi szczęście, jego plan mógłby wypalić. A tak, zagonił się w obietnicach i możliwościach, wzbudzając tym samym moje podejrzenia, które w połączeniu z trzecim czynnikiem sprawiły, że na koniec wypowiedziałem słowa, które wypowiedziałem.

 Drugim okazała się milcząca, ale pewna i niezawodna opieka nade mną sprawowana przez Niego i Anioły. Ktoś może przyczepi się i rzeknie: "To naiwne, mamy XXI wiek, a Ty nadal wierzysz w Niego i Anioły? Przecież to niemodne, nie na czasie, nie aktualne..". Cóż, nic na to nie poradzę. Po prostu tak jest, wierzę, czasem czuję Jego i Ich obecność, a czasem zwyczajnie mam świadomość Jego i Ich istnienia. Nade wszystko jednak po prostu ufam i w tej mojej ufności zawiera się pełna istota i definicja mojej wiary. 

 Trzecim okazał się mój rozum i moja dusza, których pomimo licznych prób kusicielowi nie udało się otumanić i zniewolić. Cały swój wysiłek włożył w podporządkowanie sobie zmysłowej części mnie i gorzko się zawiódł, gdy otrząsnąwszy się po jego opowieści, odpowiedziałem mu w następujący sposób:

- Drogi kusicielu, zanim przejdę do mojej ostatecznej i definitywnej odpowiedzi, chciałbym sprostować kilka rzeczy. Po pierwsze, nie pragnę ani władzy, ani sławy, ani pieniędzy, ani popularności. Jeśli chodzi o te kwestie, to poważnie się rozminąłeś z moimi potrzebami. Po drugie, do wielu z owych marzeń jeszcze nie dojrzałem, a na niektóre najzwyczajniej w świecie nie zasłużyłem. Nie dojrzałem do miłości, nie zasłużyłem na uznanie w środowisku naukowym i twórczym, nie powinienem decydować o wyborach życiowych innych ludzi. I wreszcie po trzecie: perfidnie kłamiesz. Twoje obietnice wcale nie pokrywają się z moimi marzeniami. Oferowana przez ciebie miłość to nic więcej jak pożądanie, chwilowy zachwyt, wzniosłe uniesienie, błyskawicznie wygasające. Oferowana przez ciebie wolność to nic więcej jak upojenie bogatą gamą możliwości. Oferowana przez ciebie akceptacja innych ludzi to nic więcej jak ograbienie mnie z indywidualności i ciśnięcie mnie w tłum. Reszta to albo obietnice bez pokrycia, albo kłamstwa.

 Zapadła chwila ciężkiego milczenia. Kusiciel przez chwilę przyglądał mi się z uwagą, intensywnie myślał, a w końcu westchnął ciężko i zapytał:
- A zatem mam rozumieć, że Twoja odpowiedź brzmi...
- Nie! Nie pragnę!

* * *
A jak odpowiesz Ty, gdy któregoś dnia Ten Świat zabierze Cię na przechadzkę i spróbuje skusić obietnicą realizacji Twoich najskrytszych, a niekoniecznie najpiękniejszych pragnień?

* * *

 


Read more
 

Wędrując przez noc. Design by Insight © 2009